Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marcel. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marcel. Pokaż wszystkie posty

sobota, 7 czerwca 2014

#12 Marcel cz.7 (ostatnia)

- No nie za bardzo - odparłam.
- Dlaczego?
- Sądzę, że nie mamy o czym.
- [t.i.], jesteś zła?
Kurwa, jeszcze pytasz?!
- No.
- Powiedz chociaż, o co. Błagam.
W jego oczach zalśniły łzy.
- Jeszcze, kurwa, pytasz, Marcel?! Jesteś idiotą!
- Ale dlaczego, [t.i.]? Dlaczego? - zapytał, upadając na kolana przede mną.
- Idź już - powiedziałam, nie patrząc na niego. - Nie chcę z tobą gadać.
- [t.i.]! Nie wiem, co spieprzyłem, ale przepraszam! - krzyknął błagalnie.
Obrzuciłam go pogardliwym spojrzeniem.
- I to ma wszystko naprawić? Idź sobie.
Ale to nic nie dało, bo on dalej klęczał przy moim fotelu.
- Nie słyszałeś? - nagle głos zabrał Nate. - Ona nie chce z tobą gadać!
- Nie z tobą gadam, więc się nie wpierdalaj w nie swoje sprawy! - warknął.
Nate już miał coś odpyskować, ale ja byłam szybsza:
- Marcel, idź sobie.
Wstał, cały czas patrząc mi w oczy błagalnie.
- Na pewno tego chcesz?
- Tak.
Odszedł. Ale nie tak po prostu. Odszedł na zawsze. A właściwie nie odszedł. Sama go odepchnęłam. Zerwałam z nim.
Rozpłakałam się głośno, zakrywając usta dłonią. Rozpacz ogarnęła całe moje cialo, ogromny żal ścisnął mnie za serce. Coś we mnie umarło. Coś się zmieniło. Skończyło się.
-KILKA DNI PÓŹNIEJ-
Wycieczka? Trudno siedzenie w pokoju i wypłakiwanie w poduszkę nazwać wycieczką. Wszystko się popsuło. To był koniec. Koniec mojej miłości szczęśliwej i koniec marzeń.
Marcel? Odreagował nasze rozstanie na swój sposób. Nate'owi prawie się oberwało, ale na szczęście koledzy uratowali mu prawdopodobnie życie.
Tamtego dnia również leżałam z twarzą w poduszce. Nagle do pokoju wparował Ben - kumpel Marcela, chłopak Lucy.
- [t.i.], chodź - powiedział, wyciągając do mnie rękę.
- Nie.
- Dalej! Nie mam zamiaru się prosić!
- Po co?
- Lucy cię woła.
- Dlaczego sama nie przyjdzie?
- Bo ja wiem! Zrozum tu kobietę!
Wstałam z miejsca, ocierając twarz. Nagle Ben podniósł mnie do góry, przerzucając sobie przez ramię.
- Ben! - pisnęłam. - Puszczaj! O co chodzi?!
Podniosłam głowę i ze zdziwieniem spostrzegłam, że zmierzamy w kierunku pokojów chłopaków.
- Ben!!! - wydarłam się na całe gardło.
Ale on był głuchy. Gdy znaleźliśmy się na miejscu, postawił mnie na ziemi i błyskawicznie wybiegł z pomieszczenia, zamykając drzwi na klucz.
- Ben! - krzyknęłam, rzucając się za nim.
Zaczęłam obijać pięściami o drzwi, ale nic to nie dawało.
Rozejrzałam się po pokoju, ale nikogo nie było. Tylko ja i ten cały syf. Usiadłam na jednym z łóżek, zastanawiając się, o co chodzi. Nagle usłyszałam szum wody z łazienki. Jednak nie byłam sama. Po kilkunastu sekundach z pomieszczenia obok wyszedł Marcel. Spojrzał na mnie przygasłymi, zielonymi oczami. Jego twarz była czerwona od płaczu. Momentalnie poczułam gulę w gardle. Czułam się winna, chociaż nic złego nie zrobiłam. To bolało. Facet, którego kochałam całym sercem cierpiał z mojego powodu.
- O co chodzi? - zapytał, podchodząc do okna.
- Myślałam, że ty mi powiesz.
- Też nie wiem.
W tym momencie usłyszeliśmy głos Bena zza drzwi:
- Nie wyjdziecie, dopóki sobie wszystkiego nie wyjaśnicie!
- On ma rację - odezwał się brunet. - Powinniśmy pogadać.
- Nie mamy o czym - powiedziałam, ścierając łzy z policzków.
- Jak to nie? [t.i.], powiedz, do cholery, co ja takiego zrobiłem?!
Gniew pomieszany z żalem rozsadzał mnie od środka. Zrobił kilka kroków w moją stronę, a ja w tym momencie wstałam z miejsca i zaczęłam go okładać poduszką.
- Myślałam, że jesteś... inny... A ja tak ci... u...fałam... wierzyłam... jesteś... taki jak... wszyscy...
Wyrwał mi poduszkę i zamknął mnie w stalowym uścisku. Zaczęłam się wiercić, ale niewiele to dawało, bo jego ramiona jeszcze bardziej się zacieśniały.
- [t.i.], kochanie - szepnął błagalnie. - Nie wytrzymam dłużej. Powiedz, dlaczego jesteś zła.
Odwróciłam wzrok, bo łzy w jego oczach były jak sztylet w samo serce.
- Leć sobie szukać pocieszenia na stacji - powiedziałam. - Bo z nami koniec.
Szarpnęłam, próbując się wyrwać, ale bez efektu.
- Na jakiej stacji, [t.i.]? O czym ty mówisz?
- Nie rżnij głupa, Marcel! Co to była za lalka na tej stacji? Co? Przyjaciółka z dzieciństwa?!
- [t.i.], Amanda jest moją kuzynką.
- Do każdej kuzynki się tak ślinisz?
- Nie wiem, co widziałaś, [t.i.], - odparł słabym głosem - ale między nami do niczego nie doszło. Kocham cię. Cokolwiek złego zrobiłem, wybacz mi to.
Nie odpowiedziałam, tylko rozpłakałam się głośno, nie wykonując żadnego ruchu.
- [t.i.], naprawdę? Naprawdę chcesz tak przekreślić te siedem miesięcy naszego związku?
- Sam to przekreśliłeś.
- Jak mam ci wytłumaczyć, ż nic nie zrobiłem? Błagam, [t.i.]! Potrzebuję cię!
Duma, żal, smutek i miłość do niego targały mną na przemian. Spojrzałam mu w oczy, z których natychmiast popłynęły łzy. Delikatnie pocałowałam go w policzek i wtuliłam twarz w jego szyję.
- Marcel... - jęknęłam. - Jesteś największym ze wszystkich idiotów, z którymi się dotychczas spotykałam. I możliwe, że dlatego kocham cię najbardziej.
- [t.i]... - odetchnął.
- Ale z tą Amandą to ja jeszcze sobie pogadam! - powiedziałam z rozbawieniem.
- Mam się bać?
- A masz coś na sumieniu?
- Nie.
- W takim razie nie masz czego się bać.
- Przypomina ci to coś? - zapytał, wskazując podbródkiem na drzwi.
- Co?
- Drzwi zamknięte na klucz... my dwoje... sami...
Zachichotałam, delikatnie całując go w szyję.
- A tobie? - zamruczałam, w jego skórę.
- Mi owszem - odparł niskim głosem, wsuwając dłonie pod moją koszulkę.
Jego dotyk wędrował coraz wyżej. Dotarł do zapięcia biustonosza i rozpiął go.
- Marcel! - zaprotestowałam.
- Nie narzekaj, bo wiem, że ci się podoba.
- Marcel! - zaprotestowałam ponownie, czując jego ciepłe wargi na szyi. - Przestań. Tutaj zaraz ktoś wejdzie.
Zassał moją skórę, sunąc dłońmi coraz wyżej. Podniosłam ręce do góry i moja koszulka wylądowała na podłodze, a biustonosz do niej dołączył. Następnie opadliśmy na łóżko, a jego wilgotne wargi błądziły po skórze mojego dekoltu.
Nagle ten moment przerwał chrzęst zamka w drzwiach. W błyskawicznym tempie podnieśliśmy się, a ja w sekundę ubrałam bluzkę. Wciągnęłam ją na siebie, a biustonosz chwyciłam w dłoń i schowałam za plecami.
Do pokoju wparowali Ben i Lucy, trzymając się za ręce.
- Już? - zapytał chłopak.
- No - odpowiedział szybko Marcel.
- Widzę właśnie... - westchnęła Lucy, dotykając dłonią swojej szyi, jednocześnie patrząc na moją.
Pospiesznie zakryłam malinkę dłonią.
- Ja też - zachichotał Ben, wskazując na mój biustonosz, który wystawał mi zza pleców.
Spojrzeliśmy na siebie z Marcelem skonsternowani.
- Dobra, idziemy już - odezwała się Lucy i zaczęła ciągnąć swojego chłopaka za rękę.
- Dajcie znać, jak skończycie - dodał Ben i wyszli, zamykając drzwi na klucz.
Spojrzałam na Marcela i wybuchnęliśmy niekontrolowanym śmiechem.

CZĘŚĆ NIE-SPRA-WDZO-NA! PRZEPRASZAM ZA BŁĘDY. WYBACZCIE ZANIEDBUJĄCEJ WAS OSTATNIO BLOGERCE.♥
Tak, jak napisałam wyżej. Część jest niesprawdzona, ale nie mam zbytnio czasu. Przed chwilą wróciłam z treningu, bo jutro zawody OSP. Jestę strażakię. Jaki SWAG! :D A za chwilę jedziemy z dziewczynami nad jezioro. Czy tylko u nas taka piękna pogoda? B-) Pozdrawiam wszystkich. Miłego i słonecznego weekendu! ♥

P S Pozdrawiam osobę (osoby?), która przeglądała (bodajże dalej przegląda, bo wyświetlenia rosną) dzisiaj moje starsze posty i zachęcam do komentowania. Każdy komentarz na pewno do mnie trafi. ;)

piątek, 6 czerwca 2014

#12 Marcel cz.6

Zastanawiałam się, czy dodać ostrzeżenie o wulgaryzmach. Ostatnio jest ich u mnie całkiem sporo, ale w tej części jeszcze więcej. Jeżeli komuś przeszkadzają, to przepraszam. :|

Stanęłam jak wryta z rozdziawionymi ustami,  przyglądając się uroczej scence. Wysoki, przystojny brunet i czarnowłosa piękność, której uśmiech wyglądał jak z reklamy pasty do zębów. Śmiali się. Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie to, że tym brunetem był... Marcel! MÓJ Marcel! Patrzył na tę hienę jak na... ósmy cud świata!!! Nagle on dotknął jej policzka, a ta żmija momentalnie się zarumieniła, spuszczając wzrok! Ich twarze były tak blisko, że stykali się nosami.
W tym momencie wszystko się rozmyło. Pobiegłam do toalety. Wpadłam do kabiny, zamykając ją i usiadłam na sedesie, chowając twarz w dłoniach. Rozpłakałam się głośno.
Jak on mógł?! A ja mu tak ufałam!
Nagle usłyszałam pukanie.
- Zajęte! - krzyknęłam.
- [t.i.]? - zapytała Lucy. Była niską, niczym nie wyróżniającą się dziewczyną o kręconych, miedzianych włosach. Od czasu mojej kłótni z Sophie to z nią dogadywałam sie najlepiej.
- Tak.
- Ja... Wszystko widziałam. Nie płacz, bo niewarto.
Ale ja rozpłakałam się jeszcze głośniej.
- [t.i.]! - Zapukała ponownie. - Nie płacz! Co z niego w ogóle za dupek? Jak można tak... przy wszystkich... Ech...
Otworzyłam kabinę i pchnęłam drzwi. Lucy od razu uklęknęła przy mnie, chwytając obie dłonie.
- Nie płacz, kochana. Wszystko się ułoży.
- Ale... - szlochałam - ja myślalam, że... on jest... inny... Miało być... i...naczej.
- Co za hipokryta! A tobie robił awantury o Nate'a! Zresztą. Nieważne. Weź się trochę ogarnij. Tego kwiatu pół światu. Marcel nie jest ostatnim facetem na ziemi.
- Miał być - odparłam.
- Spokojnie. Jeszcze znajdziesz sobie kogoś lepszego. Ułoży się. Będzie dobrze. Zobaczysz.
Otarłam łzy i wydmuchałam nos w papier toaletowy.
Gdy udało mi się doprowadzić do porządku, wyszłam z toalety, nie rozglądając się. Autobus już podjechał. Weszłam do środka i bez słowa zajęłam miejsce obok Nate'a, który popatrzył na mnie jak na kosmitkę.
- [t.i.]... - zaczął, ale ja przerwałam mu, podnosząc otwartą dłoń do góry.
- Nic nie mów. O nic nie pytaj. Niczego sobie nie wyobrażaj.
Przymknęłam oczy, hamując gniew i łzy. Nie wiem, jak długo to trwało, ale nagle poczułam wibracje i wyjęłam telefon z kieszeni. Gdy tylko zobaczyłam, że wiadomość jest od Marcela, miałam ochotę skasować ją nawet bez przeczytania, ale po krótkim namyśle otworzyłam ją.
Skarbie, o co chodzi?
Nie odpisałam. Po minucie zaczęły przychodzić kolejne i kolejne... Wszystkie tego samego typu. Nagle telefon zawibrował dłużej. Dzwonił. Odrzuciłam połączenie i wyciągnęłam baterię z telefonu. Następnie wrzuciłam komórkę w częściach do podręcznego plecaka i zapięłam go energicznie.
- Już? - odezwał się nagle Nate.
- Miałeś nic nie mówić - odburknęłam.
- Pozwolę sobie zauważyć, że zajęłaś miejsce obok mnie bez mojej wiedzy i zgody. A biedny Jason siedzi teraz na tyłach obok przygłupów z trzeciej D. Chyba należy mi się jakieś wyjaśnienie?
Nie odpowiedziałam.
- Chodzi o tego kretyna? - domyślił się. - I o tę lalkę na stacji?
- Widziałeś ich?
- Wszyscy ich widzieliśmy. Czyli co? To koniec?
- Na to wygląda.
- I specjalnie tutaj usiadłaś? Żeby wkurwić Szanownego Pana Stylesa?
- Nie twoja sprawa.
- Moja. Bo chyba powinienem wiedzieć, w jakim teatrze gram i jaką rolę mam odegrać.
- Bądź po prostu sobą. To ci najlepiej wychodzi. Raczej ja muszę udawać, że cię lubię - mruknęłam.
- Bardziej wiarygodnie wyglądałoby, jak byś mnie teraz pocałowała - stwierdził.
Prychnęłam.
- Chyba śnisz.
- Tak tylko podsuwam pomysł na scenariusz.
- Scenariusz sam się zjebał przez tego kretyna.
- A miało być tak pięknie... - westchnął sarkastytcznie. - Książę Styles i księżniczka [t.n.]. Szkoda tylko, że nie ta bajka.
- Odpierdol się, jasne?!
- Nie powiesz mi teraz, że ten cały wasz "związek", to było na poważnie.
- To było cholernie na poważnie. I na poważnie się zjebało.
- Na co ty liczyłaś, dziewczyno? Od początku do siebie nie pasowaliście. Kurwa... Trzeba było was wtedy nie zamykać na tym pierdolonym strychu. Co mi strzeliło do tego popieprzonego łba? Wszystko byłoby inaczej. Możliwe nawet, że byłabyś teraz moja.
Zamilkłam, bo w tym, co powiedział Nate, tkwiło ziarno prawdy. Lecz czy byłabym szczęśliwsza? Tego nie mogłam stwierdzić.
- I tak miałabym złamane serce - stwierdziłam po długim namyśle.
- Jesteś pewna? [t.i.] - powiedział, chwytając moją dłoń - ja bym cię nie skrzywdził.
Delikatnie wysunęłam rękę z jego uścisku.
- Dzięki, Nate. To miłe. Ale, jak już wspominałam, nie interesujesz mnie.
- Jakbyś kiedyś zmieniła zdanie, to daj znać.
- Może lepiej nie? Nie czekaj na mnie.
- Poczekam, aż mi przejdzie, w takim razie.
Uśmiechnęłam się do niego i przymknęłam oczy. Przynajmniej jeden problem z głowy. Po jakiejś godzinie jazdy zatrzymaliśmy się na postoju, a wtedy zobaczyłam Marcela zmierzającego w moim kierunku z zaciętą, acz przygnębioną miną.
- Możemy pogadać?
Dziękuję wszystkim, którzy tak wytrwale przez półtora tygodnia czekali na tą część. ♥ Na szczęście rok szkolny się kończy, oceny są wystawiane do środy (przynajmniej u nas ☺), więc wkrótce posty powinny zacząć pojawiać się regularnie ;). Bo w ostatnim czasie naprawdę pomysłów mi nie brakowało i nie brakuje. Problem był z wygospodarowaniem czasu. A więc, jak odeśpię wszystkie sprawdziany (bo 3,5 godziny snu to jak na piętnastolatkę chyba trochę mało :/), jak nauczę się na te trzy z przyszłego tygodnia, jak załatwię wszystkie inne sprawy, to wezmę się do roboty ;).

poniedziałek, 26 maja 2014

#12 Marcel cz.5

Z dedykacją dla Amelii i wszystkich Kwiatonators. ♥

↓Ważna notka pod spodem!↓

CZERWIEC (WYCIECZKA SZKOLNA)
Siedziałam przy oknie w szkolnym autobusie ze słuchawkami w uszach i wpatrywałam się w sunące za oknem obrazy.
Zbliżał się koniec roku, a ja chyba po raz pierwszy nie czułam stresu. A wszystko dzięki mojemu najukochańszemu, najcudowniejszemu pod słońcem i do tego najseksowniejszemu korepetytorowi wszech czasów, który na dodatek był moim chłopakiem - Marcelowi. To on wyciągnął mnie z dołka. Wyszłam na prostą z ocenami i gdy inni wylewali siódme poty nad matmą, fizą i gegrą, ja mogłam w spokoju cieszyć się szczęściem swojej szczęśliwej miłości. Bo, jak już wspominałam, miałam najcudowniejszego chłopaka pod słońcem, którego musiałam pilnować jak oka w głowie, bo niejedna chciałaby być na moim miejscu.
Udało mi się pogodzić z Sophie, chociaż między nami nie było już jak kiedyś. Nasze relacje wróciły do normy, mimo że nie nadawałyśmy już na tych samych falach.
Jeżeli chodzi o Nate'a... Cóż. Chyba mu nie przeszło, co było powodem kilku sprzeczek między mną a Marcelem, ale za każdym razem się godziliśmy, a wazonik w moim pokoju wypełniał się świeżym bukietem tulipanów.
Jechaliśmy już jakieś dobre dwie godziny, a to dopiero połowa drogi. Celem naszej wycieczki był Liverpool. Czekałam na nią od bardzo dawna i z każdym przebytym kilometrem moja ekscytacja rosła.
Nagle poczułam, jak ktoś szczypie mnie w udo i wyjęłam słuchawki z uszu.
- Co? - zapytałam.
- Nudzi mi się.
- A co ja mam do tego?
- To, że jesteś moją dziewczyną.
- No i co?
- Zrób coś, żeby mi się nie nudziło.
- Co?
- No nie wiem. Wymyśl coś - odparł, kładąc rękę na moim udzie.
- Marcel! - skarciłam go, strącając jego dłoń. - Nie teraz - dodałam ciszej.
- A kiedy?
- No na pewno nie na wycieczce!
- A dlaczego? - zapytał, delikatnie całując mój policzek.
- Jesteś...
- Tak, wiem. Niewyżyty i sfrustrowany. Ale jestem też najukochańszy i kochasz mnie jak nikogo innego.
Westchnęłam ciężko, niby z przygnębieniem.
- Skąd wiedziałeś?
- Ja wiem wszystko.
- No tak. Zapomniałam.
Nagle poczułam orzeszek lądujący w moim dekolcie, a następnie dało się słyszeć kilka śmiechów z tyłu. Próbowałam go wyciągnąć, ale Marcel mnie powstrzymał. Następnie obejrzał się za siebie. Śmiechy momentalnie ucichły. Ścisnęłam jego dłoń, starając się zahamować kolejny wybuch złości. Bo mój Marcel nie był już takim sobie spokojnym Marcelem, który siedział w ostatniej ławce jak mysz pod miotłą.
- Proszę, - szepnęłam mu do ucha błagalnie - nic nie rób.
Ścisnął moją dłoń, a po chwili odwrócił się w twarzą do mnie.
Dzięki, Marcel! Wiem, ile cię to musiało kosztować!
Ostentacyjnie wyjął orzeszek z mojego dekoltu i zjadł go, a następnie ujął moją twarz w dłonie i delikatnie ucałował kącik ust.
- Wiesz, kto to był? - zapytał szeptem.
- Wiem.
- Zapłaci mi za to.
- Proszę, nie. Ostatni raz. Pogadam z nim.
- Obiecujesz? - zapytał, delikatnie muskając moje wargi.
- Tak. To się skończy. Obiecuję.
- Ostatni raz mu odpuszczam. Następnym razem będzie zbierał zęby z podłogi.
- Dziękuję.
Oderwaliśmy się od siebie, a ja ponownie oparłam głowę o szybę. Splotłam nasze palce i odetchnęłam ciężko. Nate przesadzał, a Marcel miewał ataki złości. Nawet mu się nie dziwiłam.
Nagle poczułam, jak autobus zaczyna zwalniać. Zdziwiłam się, bo znajdowaliśmy się przecież w środku lasu. Po chwili stanął w miejscu i rozległ się dziwny gwar.
- O co chodzi? - zapytałam, rozglądając się wokół.
- Bo ja wiem...?
Kilka minut później okazało się, że zabrakło nam paliwa. Wszyscy albo jęczeli, albo przeklinali soczyście pod nosem. Sama byłam nieźle podminowana. Jak można nie zatankować przed wyjazdem w tak daleką wycieczkę?! Okazało się, że nie mamy nawet, jak zadzwonić po pomoc drogową, bo znajdowaliśmy się na takim zadupiu, że nie było zasięgu. Dostaliśmy dwie opcje do wyboru: albo czekać aż kierowca przyniesie paliwo z najbliżej stacji benzynowej, która znajdowała się jakieś dwie godziny drogi pieszo stąd, w Holmes Chapel, które okazało się być rodzinną miejscowością mojego ukochanego, albo iść z nim. Postanowiliśmy z Marcelem iść. Ja, bo po pierwsze byłam głodna, a po drugie chciałam jak najszybciej skorzystać z toalety, a on, bo "i tak nudziłoby mu się beze mnie".
I to był błąd. Po godzinie moje nogi zaczęły protestować, po półtorej zrobiły mi się odciski, a po dwóch już prawie się czołgałam. W końcu dotarliśmy na miejsce i chmara dziewczyn rzuciła się w kierunku toalety. Udało mi się dopchać jako jednej z pierwszych. Załatwiłam swoje potrzeby, umyłam ręce, rozczesałam włosy i wyszłam z łazienki. To, co zobaczyłam...
Stanęłam jak wryta z rozdziawionymi ustami.
Co zobaczyła [t.i.]? Szczerze, to nie mam pojęcia, kiedy się tego dowiecie. Po prostu SZKOŁA. Do tej pory nie było aż tak źle, ale gwoździem do trumny okazała się być dzisiejsza trója z historii. Ja mawia mój tata: Są rzeczy ważne i ważniejsze, a szkoła jest w tym momencie dla mnie najważniejsza. Dlatego też tak eksperymentalnie postanowiłam sobie zrobić "szlaban" na tableta do czasu wystawienia ocen. Mama twierdzi, że teraz oceny pójdą mi w górę. No nie wiem. Zobaczymy. Ale nie martwcie się. Nie będę całkowicie odcięta od świata, bo przecież komputer w domu mam. ;) W sobotę postaram się coś dodać, ale nic nie obiecuję. Mam nadzieję, że to zrozumiecie. Liczę na wyrozumiałość. ♥

P S Następny post nie będzie kolejną częścią tego imagina, bo to 50-tka i już mam uszykowane coś specjalnego w wersjach roboczych. ;*

niedziela, 25 maja 2014

#12 Marcel cz.4 (ostatnia?)

-KILKA MIESIĘCY PÓŹNIEJ-
Kwiecień był wyjątkowo ciepły tego roku. Słońce przygrzewało przyjemnie, a ja szłam tak ulicami Londynu ubrana w lekką kwiecistą sukienkę, wsłuchując się w śpiew ptaków. Otaczała mnie słodka woń malutkich białych kwiatuszków rosnących na krzewach posadzonych obok chodnika. Wszystko wokół kwitło. Szczęście przepełniało mnie od środka jak nigdy. Zwłaszcza, że w mojej torebce znajdowały się dwa bilety na najnowszy kryminał, na który zamierzałam wyciągnąć mojego "mola książkowego". Była sobota, więc znając go, zapewne ślęczał nad historią, kując kolejne daty.
Zakołatałam do drzwi.
- Słucham - usłyszałam po chwili ze środka głos Marcela.
- To ja - [t.i.]. Otworzysz mi? - zapytałam wesoło.
- No nie wiem...
- Coś się stało, Marcel? Jesteś jakiś dziwny.
- Nie, nic. A zresztą.
Drzwi się otworzyły, a ja weszłam do środka. Stanęłam tuż przy drzwiach i nagle zobaczyłam... No właśnie. Kogo? To nie był Marcel. To z pewnością nie był Marcel. Ten facet, który stał przede mną miał seksowną burzę loczków na głowie, rozpiętą koszulę ukazującą tatuaże z jaskółkami i czarne rurki. Patrzyłam na niego osłupiała. W głowie mi się mieszało.
- Powiesz coś? - zapytał po chwili, uśmiechając się, aż poczułam, jak mięknę od środka.
- K-kim ty jesteś? - wyjąkałam.
- [t.i.], nie poznajesz mnie? To ja - Marcel.
Podszedł do mnie, aż się zetknęliśmy. Oparłam się plecami o drzwi. Moje nogi robiły się jak z waty. W głowie nakładały mi się na siebie dwa obrazy: Marcela i tego... kogoś? Robiło mi się słabo. Poklepał mnie po policzku.
- [t.i.], skarbie. To naprawdę ja!
Spojrzał mi w oczy. Tak, to było spojrzenie Marcela.
- O co chodzi? - zapytałam.
- Kochanie, ja... już dawno miałem ci powiedzieć, ale się bałem. Oto prawdziwy ja. Jeszcze rok temu... wszystko było inne. Byłem sobą. Członkiem tej - Zrobił cudzysłów w powietrzu. - "elity". Byłem podobny do chłopaków, z którymi się dotychczas spotykałaś. Chodziłem z kilkoma pustymi lalkami. Ale przeprowadziliśmy się tutaj i postanowiłem zostać kujonem - Marcelem nr 2, za którego przebierałem się do szkoły. W domu zazwyczaj byłem sobą.
- Po co?
- Chciałem się przekonać, czy można kogoś pokochać za wnętrze. Aż pojawiłaś się ty.
- Kiedy zamierzałeś mi powiedzieć?
- Niedługo.
- I już zawsze będziesz się bawił w te przebieranki?
- Nie. Właśnie z tym kończę.
- Bo...?
Czule pogładził mnie wierzchem dłoni po policzku.
- Dalej nie rozumiesz? Już znalazłem miłość. Pokochałaś mnie za wnętrze, nie za wygląd.
Chwilę patrzyliśmy sobie w oczy.
Przeczesałam jego loczki palcami, lekko pociągając za końcówki.
- Są naturalne?
- Stuprocentowo.
Zmierzyłam go ponownie.
- Chyba nigdy się nie przyzwyczaję - stwierdziłam, delikatnie wygładzając kołnierzyk jego koszuli.
- A do tego? - zapytał, wpijając się swoimi wargami w moje.
Oddałam pocałunek, wplatając palce w jego loki. Były przyjemnie miękkie i puszyste. Delikatnie otarł się językiem o moją górnę wargę, pytając o dostęp. Rozchyliłam usta i wsunął swój język między nie. Westchnęłam cicho i podrażniłam go swoim. Po jakiejś dłuższej chwili oderwaliśmy się od siebie.
- Wiesz co? - zapytałam zaczepnie. - Nawet, gdybyś się przebrał za Patricka Swayze, dla mnie i tak zawsze pozostaniesz Marcelem-kujonem, w którym się zakochałam.
- Dzięki - mruknął.
Oplotłam ramionami jego szyję.
- Nie ma za co, skarbie. Zawsze do usług.
Stanęłam na palcach i pocałowałam go czule.
Zastanawiałam się, czyje zdjęcie dodać. Bo w sumie to Marcel stał się teraz Haroldem, jak by nie patrzeć. ☺

Już wyjaśniam ten znak zapytania. To chyba nie jest ostatnia część tego imagina. Właśnie piszę kontynuację na podstawie pomysłu Amelii (o którym czytaliście w informacji), ale co z tego wyniknie? Trudno stwierdzić. Jeszcze zobaczymy. ;)

piątek, 23 maja 2014

#12 Marcel cz.3

SOBOTA
- Litości, Marcel... - jęknęłam.
Siedzieliśmy u niego w pokoju na łóżku blisko siebie z książkami na kolanach. Tłumaczył i tłumaczył... bez większego efektu.
- No spróbuj. Przecież tutaj wystarczy wzór. Z niego wywnioskujesz wszystko.
- Niby tak, ale skąd mam wiedzieć, który wzór zastosować? Ich są setki. Miliony! - powiedziałam, gestykulując rękoma.
Zaśmiał się dźwięcznie.
- Tylko pięć. Nie przesadzaj.
Westchnęłam i kolejny raz zajrzałam do książki. Nic.
- Nie. Nie rozumiem tego. Możesz powiedzieć, że jestem tępa czy głupia, ale nie rozumiem tego!
Potarłam oczy nadgarstkami.
- Nie jesteś ani tępa, ani głupia - stwierdził, delikatnie zakładając pasemko włosów za moje ucho.
Jego dotyk... taki delikatny. Ledwo muśnięcie, a przeszyły mnie dreszcze.
- Spróbuj. Wystarczy się wczytać.
Spojrzałam na niego, a następnie do książki.
-2 GODZINY PÓŹNIEJ-
- Mam! - krzyknęłam uradowana, podając mu brudnopis.
Przez chwilę z uwagą wpatrywał się w moje "bazgroły".
- No, no. Gratuluję. To nie było łatwe zadanie. To teraz dziewiętnaste.
- Marcel... - jęknęłam. - Już to umiem. Błagam.
Westchnął.
- Dlaczego ja nigdy nie umiem ci odmówić?
- Nie wiem... Może mój urok osobisty tak na ciebie działa?
Zatrzepotałam rzęsami i roześmialiśmy się.
- Dziękuję - powiedziałam, zapinając piórnik.
- Nie ma za co. Mam nadzieję, że nie...
- Tak?
- No że nie było problemów, żebyś tutaj przyszła.
- A dlaczego miałyby być jakieś problemy? - zapytałam ze zdziwieniem.
- Twój chłopak nie był zazdrosny?
- Co?! - krzyknęłam prawie, wybałuszając oczy.
- No jak to co?
- Przecież ja nie mam chłopaka.
- Nie?
- No nie.
- A Nate?
Wypuściłam powietrze z płuc.
- Nate nie jest moim chłopakiem.
- A kim? "Przyjacielem z przywilejami"? Tak to się teraz nazywa?
- Nate nie jest dla mnie nikim. On... chciał czegoś, ale ja nie.
- Dlaczego? Przecież jest... hm... w twoim typie chyba.
- O to chodzi? Myślisz, że jestem pusta? - zapytałam, starając się ukryć, jak bardzo mnie to zabolało.
- Nie, ja... Przecież tacy jak Nate podobają się dziewczynom.
- Teoretycznie tak.
- A praktycznie?
- Praktycznie, to mam już dość takich jak on.
Spojrzał mi w oczy.
- Czyli jakich?
- Mięśniaków, którzy mnie nie szanują. W ogóle. Mam już dość facetów.
- Śmiałe wyznanie jak na osiemnastolatkę. Dlaczego?
- Bo odnoszę wrażenie, że nie ma już normalnych, miłych chłopaków, którzy dbaliby o swoje dziewczyny. Komplementowali, zabierali na spacery, do kina. Rozumiesz... Romantyczne bzdury, dzięki którym czuje się, że komuś na tobie zależy.
- Nie ma już takich facetów?
- Nie spotkałam jeszcze takiego.
- Może źle szukałaś?
- Nigdy nie szukałam. Zazwyczaj sami mnie znajdowali.
- Nate też cię znalazł, a jednak jemu nie pozwoliłaś się do siebie zbliżyć - zauważył.
- Nudzą mnie już tacy jak on.
- A kto cię nie nudzi? - zapytał śmiało.
- Ktoś, kto jest miły i będzie mnie szanował.
- Czyli?
Nasze twarze znajdowały się już bardzo blisko.
- Jesteś inteligentny, Marcel. Domyśl się - powiedziałam, zdejmując mu okulary i odkładając je gdzieś na bok.
Ocieraliśmy się o siebie wargami. Nieoczekiwanie wczepił mi palce we włosy, ujmując moją twarz w dłonie, jakby się bał, że mu ucieknę. Następnie wpił się w moje wargi mocno i trwaliśmy tak przez chwilę. Chmara motyli w moim brzuchu wzbiła się do lotu. Zaczął nimi poruszać. Z początku delikatnie i czule, lecz nagle zaczął przyspieszać. Oddawałam pocałunek z taką pasją, że nawet nie zauważyłam, jak położył się na mnie, przygniatając ciałem do miękkiego materaca łóżka. Objęłam jego szyję ramionami, mierzwiąc włosy. Nagle pewnie wsunął mi język do ust. Ten pocałunek... inny niż wszystkie. Zazwyczaj to ja kontrolowałam sytuację, lecz tym razem po prostu leżałam pod nim i mu się poddawałam. Aż zaczęło nam brakować tchu i niechętnie zaczęliśmy zwalniać, by po chwili oderwać się od siebie. Uchyliłam powieki i spostrzegłam, że przygląda mi się z uśmiechem. Odwzajemniłam gest i delikatnie podniosłam głowę, muskając jego wargi.
- I co teraz? - zapytałam szeptem.
- A co byś chciała? - odpowiedział pytaniem na pytanie.
- Ja pierwsza zapytałam.
- Uparciuch.
Pokazałam mu język zaczepnie, a on przycisnął swoje wargi do moich. Zaczęłam się śmiać pod jego ustami. Lecz nagle ten piękny moment przerwało pukanie do drzwi. W pięć sekund doprowadziliśmy się do porządku, ale moje policzki w dalszym ciągu były zaróżowione.
- Proszę! - zawołał Marcel i do pokoju weszła jego mama.
- Zejdziecie na kolację? - zapytała.
- Tak, jasne - odparł. - Daj nam 5 minut.
Jego mama wyszła, a ja spojrzałam na niego. Czule wpił się w moje wargi na kilka sekund.
- Jak to mam rozumieć? - zapytałam.
- Co?
- No... Kim teraz dla siebie jesteśmy?
Zaśmiał się cicho.
- Nie sądziłem, że ty... - urwał nagle.
- Że ja co?
- Że jedna z popularniejszych dziewczyn w szkole będzie się ubiegać o tytuł dziewczyny takiego kujona jak ja.
- Mam to uznać za komplement?
- Raczej ja uznam za komplement fakt, że mogę nazywać swoją dziewczyną dziewczynę taką jak ty.
Uśmiechnęłam się do niego ciepło. Moje serce podskoczyło w piersi i wykonało fikołka w powietrzu. Zakochałam się. Tak do bólu, szczerze. Zakochałam się.
Widzę, że nie tylko ja się cieszę, że weekend ;). (Taka aluzja do gifa ↑) :D

Co do tego czegoś nad gifem to... No, nie oszukujmy się. "Zrąbałam" końcówkę. To prawdopodobnie przedostatnia część tego imagina (bo jeszcze się zastanawiam, co z nim zrobić), a w następnej niewiele się dzieje. Sorki. :[

Dziękuję za wszystkie wyświetlenia i komentarze. Postaram się, żeby następna część była w niedzielę, ale nie wiem, czy będę miała czas, bo jadę na Komunię. :) x

środa, 21 maja 2014

#12 Marcel cz.2

Siedząc na fizyce, cały czas ukradkiem spoglądałam na Marcela. I dopiero wtedy spostrzegłam jego wyprostowaną sylwetkę, muskulatutę i niesamowite spojrzenie zielonych oczu, które magnetyzowało nawet przez grube szkła okularów. Nie pasował na kujona. Jego głowa była uniesiona wysoko. Niby takie nic nie znaczące sygnały, które jednak zasiały ziarno ciekawości w moim umyśle. Marcel był niezaprzeczalnie interesujący. Do tego miły. I jeszcze gdyby tak go inaczej ubrać i ułożyć włosy... Ideał mężyczyzny.
Nagle poczułam szturchnięcie. To Sophie - przyjaciółka. Podsunęła mi kartkę o treści:
Co się z tobą dzieje, [t.i.]? Cały czas patrzysz na tego kujona? Podoba ci się?
A nawet jeśli, to co?
To, że to kujon! Nie załamuj mnie!
Nie wiedziałam, co odpisać. Po dłuższym namyśle nabazgroliłam:
Nie podoba mi się.
To przestań się na niego lampić!
Nagle głos zabrał nauczyciel:
- Za tydzień napiszecie test z ostatnich czterech tematów. Radzę się na niego przygotować, bo będzie miał duże znaczenie przy wystawianiu ocen na koniec semestru.
Wszyscy zaczęli jęczeć jak na zawołanie. Westchnęłam ciężko. Fizyka nie była moją mocną stroną. Ponownie skierowałam swój wzrok w kierunku Marcela. Ten siedział z miną, która miała nie wyrażać żadnych emocji, lecz ja widziałam ten malutki uśmieszek na jego ustach. On, chyba jako jedyny w całej szkole lubił fizykę. Ale co się dziwić. On lubił wszystko.
Na przerwie podeszłam do niego. Wszyscy gapili się na mnie jak na chorą psychicznie, ale szczerze miałam to gdzieś.
- Cześć - przywitałam się.
Odpowiedział uśmiechem.
- Cześć.
- Bo ja... Chodzi o ten test. Szczerze, to nie mam pojęcia, jak się do niego nauczyć. Delikatnie mówiąc, fizyka nie jest moją najmocniejszą stroną. Mógłbyś mi pomóc?
- Jasne. To nie wiem... W sobotę ci pasuje?
- Tak.
- To przyjdź do mnie o 14:00.
- To do zobaczenia.
- Do zobaczenia.
-GODZINĘ PÓŹNIEJ-
Zastępstwo - wf. Chłopacy postanowili pograć w kosza, a my siedziałyśmy na trybunach i "wzdychałyśmy", obserwując ich sylwetki i muskuły. Mój wzrok ciągle wędrował w kierunku Marcela i dopiero wtedy zauważyłam jego tatuaże. Mówił o kilku, a ja na samym przedramieniu zauważyłam ich całkiem sporo. Ani się obejrzałam, jak zaczęłam dosłownie rozbierać go wzrokiem, zastanawiając się, czy ma jeszcze jakieś na piersiach... i brzuchu... Lecz nagle się opamiętałam:
[t.i.], ogarnij się! Marcel to Marcel. I Marcelem pozostanie. Na wieki wieków. Amen.
Po chwili usłyszałam głos Sophie:
- Chyba wpadłaś w oko Nate'owi - powiedziała mi na ucho konspiracyjnie.
Popatrzyłam w jego kierunku. Gdy tylko nasze spojrzenia się spotkały, pomachał mi wyraźnie uradowany. Odpowiedziałam mu tym samym, uśmiechając się sztucznie.
- Czuję, że coś z tego będzie - odezwała się przyjaciółka.
- Wątpię.
- Dlaczego?
- Bo to kolejna bezmózga kupa mięśni.
- Nie rozumiem cię, [t.i.]. Zachowujesz się co najmniej dziwnie. Ciągle się gapisz na to zero, zupełnie ignorując... no nie wiem... Takich jak Nate.
- Marcel nie jest zerem! - wybuchłam, niespodziewanie dla samej siebie.
- A kim?
- Jesteś pusta, Sophie - warknęłam.
- Słucham?!
- To co słyszałaś.
- O, nie! - krzyknęła i przesiadła się.
Skoro nic mnie nie obchodzi, to dlaczego tak mnie to wkurzyło?
-GODZINĘ PÓŹNIEJ-
Zamknęłam szafkę i nagle usłyszałam czyiś męski głos za plecami:
- Cześć, piękna.
Odwróciłam się w stronę źródła dźwięku i zobaczyłam Nate'a we własnej osobie.
- Cześć - odparłam bez emocji.
Zaczął się do mnie zbliżać, a ja nie mogłam się cofnąć, bo za plecami czułam szafki.
- Jesteś wolna w sobotę? - zapytał i popatrzył na moje wargi, jednocześnie oblizując swoje.
- Nie.
- Szkoda. A w niedzielę?
- Szczerze, to nigdy.
Przesunął palcem wskazującym po moim policzku.
- Dlaczego?
Jak by mu to powiedzieć...?
- Po prostu.
- Na pewno?
- Nate... - westchnęłam. - To nie ma sensu. Odpuść sobie.
- Dlaczego?
Gwałtownie zbliżył swoją twarz do mojej.
Pokiwałam głową przecząco i odepchnęłam go od siebie ręką.
Przeczesał włosy palcami, wyraźnie poirytowany.
- O co chodzi? - zapytał. - Nie podobam ci się?
- Nie interesujesz mnie - odpowiedziałam.
- Wy wszystkie jesteście takie same - syknął wściekle. - Uśmiechacie się i "Och!" i "Ach!", a potem: "Nie interesujesz mnie". Delikatnie ujęte "Spadaj.", zgadza się?
- Powiedzmy.
Odszedł wściekłym krokiem, a ja skierowałam swoje w kierunku sali, gdzie miała się odbyć następna sala, ignorując te wszystkie spojrzenia, które krzyczały: "WTF?!"
Sama siebie nie rozumiałam.
Co to dzisiaj za rocznica? Otóż, dokładnie pół roku temu zaczęłam pisać moje pierwsze opowiadanie! Skąd tak dobrze to pamiętam? Po prostu cały tydzień przed świętami siedziałam w domu z anginą. Gdyby nie nuda, jaka mnie wtedy ogarnęła, to nie wiem, czy miałabym okazję dzielić się z Wami swoją pracą. :3 Chciałam tę rocznicę połączyć z 50. postem na blogu, ale nie wyszło, bo nie zdążyłam. Ale 50. jeszcze będzie i z tej okazji szykuję "coś". Kurczę, w tym maju same rocznice i święta. Dokładnie 1. maja minęło pół roku, odkąd jestem Directionerką, teraz to, potem Dzień Matki, moje imieniny... Ups! Wygadałam się! Dobra, i tak nie wiecie, kiedy. :P

A teraz pewna sprawa, która mnie męczy od dawna i nawet nie mam zbytnio z kim o niej pogadać. Możecie ominąć część tej notki. Gdy zostawałam Directionerką, to strasznie się cieszyłam. No a kto by się nie cieszył? Wreszcie znalazłam grupę, z którą mogę się identyfikować, ludzi o podobnych zainteresowaniach. I ta duma w głosie... "Jestem Directionerką". Tak jest, faktycznie. Ale od pewnego czasu zaczynam się spotykać z pewnymi aktami... hmm... nazwijmy to: "nietolerancji". Czasem ktoś coś powie, nawet nieświadomie albo że to "niby" taki "żart". (Kurwa, mało śmieszny.) A potem wychodzę na niewyluzowanego kujona, za którego i tak mnie uważają. Jak się dowiedzieli kilka miesięcy temu, że jestem Directionerką, to robili taakie oczy O_o. Oni myśleli, że ja Fogga słucham! Bycz plizz... Nie no, sory! Niewyparzony język, to ja mam i nie będę tak spokojnie słuchać tego, jak ktoś obraża moich idoli, którzy dostarczyli mi tyle radości i za to im dziękuję. Za to, że dzięki nim zaczęłam pisać, za wszystkie piosenki, których słuchałam, a potem tłumaczyłam (szczególnie za "Summer Love", bo to pierwsza piosenka, którą za pierwszym razem tak dobrze zrozumiałam i się popłakałam), za te wszystkie czasem śmieszne, czasem wzruszające momenty, za macarenę na balkonie, za to przyspieszone bicie serca w Wigilię, kiedy po raz pierwszy trzymałam "Midnight Memories" w dłoniach, za moje śliczne tapety na telefonie zmieniane średnio co 2-3 dni (tutaj podziękowania szczególnie dla Harry'ego, który dość często tam gości ;)), za oczy Zayna, za poczucie humoru Nialla, za wygłupy Lou, za selfie Liama i oczywiście za uśmiech Hazzy oraz za wiele wiele innych rzeczy, których tutaj nie wymienię, bo ta notka i tak jest za długa. Wiem, że nigdy tego nie przeczytacie, ale dziękuję Wam za to i mam nadzieję, że "Pan Bóg Wam to w dzieciach wynagrodzi". Ale nie tak prędko! :D I nawet pociesza mnie myśl, że czasem z pewnością myślicie o swoich fanach, a ja goszczę w tych myślach jako jedna iluśtammilionowa. :)
Teraz rozumiem, co czuły i czują Natalia i wszystkie Belieber (przepraszam, jeśli nieświadomie źle to napisałam), gdy ktoś sobie stroi żarty z Jusa albo go obraża. Nie wiem, co to ma na celu? Przecież przez takich pieprzonych hejterów ani Justinowi, ani chłopakom fanów nie ubędzie! Bo PRAWDZIWĄ Directionerką się zostaje do końca życia. Może i jestem dziecinna i naiwna, ale wierzę w to. ♥ Marudzę, przepraszam, ale nawet nie mam z kim o tym pogadać. Rodzice? Powiedzieliby, że "wydziwiam". :/ Przepraszam za ten długi, i być może bezsensowny, wywód.

Dziękuję Wam wszystkim za wsparcie. W szczególności tym, którzy wytrwali do końca tej notki! xoxo

poniedziałek, 19 maja 2014

#12 Marcel cz.1

- Nate! - pisnęłam, ale ten kretyn był głuchy.
Wziął mnie na ręce i zaczął nieść po schodach w stronę szkolnego strychu.
- Nate, do cholery! Puszczaj!
Gdy znaleźliśmy się na miejscu, on w błyskawicznym tempie wyszedł z pomieszczenia. Rzuciłam się za nim, ale było już za późno, bo drzwi zostały zamknięte na klucz.
- Miłej zabawy! - usłyszałam jego przytłumiony głos, a następnie śmiech.
Kopnęłam drzwi nogą w przypływie agresji.
- To nic nie da.
Rozejrzałam się po pomieszczeniu w poszukiwaniu źródła dźwięku, aż mój wzrok zatrzymał się na Marcelu - klasowym kujonie, obiekcie wielu żartów i drwin, zapewne z powodu dużych, sklejonych plastrem okularów, białych koszul, pulowerów w nudnych kolorach i włosów zawsze zaczesanych na gładko. Siedział na starej kanapie z książką na kolanach. Nigdy nie utrzymywaliśmy bliższych kontaktów poza zwyczajowym: "Cześć." na korytarzu. Był dla mnie jak powietrze.
- A skąd wiesz? - zapytałam.
- Hmm... Może dlatego, że to nie jest mój pierwszy raz? - odparł i wtedy po raz pierwszy spostrzegłam jego ujmujący uśmiech i urocze dołeczki.
- Mój pierwszy.
- Witam nowicjuszkę! - zaśmiał się.
- I co teraz?
- Nic. Trzeba poczekać do końca dużej przerwy. Wtedy nas wypuszczą.
- Nie nudzi ci się tak?
- Po raz pierwszy mam towarzystwo. Dotąd radziłem sobie sam - powiedział i uniósł książkę.
Usiadłam obok niego na kanapie.
- Co czytasz? - zapytałam raczej dla uniknięcia krępującej ciszy niż z ciekawości.
- "Adwokata".
- Philipa Margolina?! - zapytałam podekscytowanym głosem.
- Znasz go?
- Głupie pytanie! Uwielbiam! Gdzie jesteś? - Zajrzałam do książki. - No, no. Dopiero się rozkręca.
- Serio? Myślałem, że już gorzej być nie może.
- A jednak. Bo jak ten szef... Dobra, nieważne. Sam się przekonasz.
Uśmiechnął się i nagle do głowy uderzył mi mocny zapach jego perfum, co mnie trochę zaskoczyło, bo spodziewałam się raczej, że będzie pachniał delikatniej, bardziej chłopięco.
- Nie myślałem, że jesteś taka - odezwał się po chwili.
- Taka jaka?
- Taka... normalna.
- Cóż... nie uwierzysz mi, jeśli powiem, że nie zadaję się z elitą dla przyjemności, prawda?
- No chyba nie.
- Taka prawda. Po prostu... nie znam innego środowiska. Jakoś tak wyszło. Przyzwyczaiłam się do nich, chociaż wkurwi... denerwują mnie na każdym kroku. Przystojne dupki, które uważają się za panów świata.
- Uważasz, że każdy przystojny facet to dupek?
- Nie wiem. Wszyscy, z którymi dotychczas się spotykałam, tacy właśnie byli.
- Myślisz, że można być normalnym, będąc jednocześnie przystojnym?
- Skąd to pytanie?
- Nie wiem, bo... Tak się zastanawiałem, czy można kogoś pokochać za jego wnętrze, a nie za wygląd.
- Wierzysz w to?
- Bo ja... znaczy się... mój kuzyn... już kilka razy się zawiódł.
Zmarszczyłam brwi.
- Mi nie musisz ściemniać, Marcel.
- Nie ściemniam - zaprzeczył z nutką wahania w głosie, a ja już wiedziałam, że kłamie.
Postanowiłam nie wnikać, więc umilkłam na chwilę.
Marcel? Klasowy kujon? Zawiedziony na kobietach? WTF?!
Wrócił do lektury. Nagle spostrzegłam pewien fakt i chwyciłam jego lewą dłoń.
- Masz tatuaż?! Nie wierzę!
- Cii... Nie muszą wszyscy wiedzieć. Mam ich jeszcze kilka.
- Serio?
- No.
- Pokażesz mi?
- Może kiedyś. Musiałbym zdjąć koszulę, a tutaj za chwilę ktoś wejdzie. Dziwnie by to wyglądało - zaśmiał się.
- Nie myślałam, że jesteś taki - skopiowałam jego słowa.
- Jaki?
- Taki niegrzeczny - zaśmiałam się. - Kogo jak kogo, ale ciebie bym o tatuaże nie podejrzewała.
- Bo jestem kujonem?
Zaprzeczyłam ruchem głowy.
- Bo jesteś ułożony.
- Za takiego mnie uważasz?
- Jesteś miły i odpowiedzialny, a to rzadko się zdarza.
- Dzięki.
Nagle usłyszeliśmy chrzęst zamka w drzwiach, które po chwili się otworzyły i na strych wpadł Nate razem z jakąś grupką innych debili, z którymi się zadawałam.
- No i jak tam, gołąbeczki? Dobrze się bawiliście?
Lepiej niż myślisz.
- Spieprzaj - mruknęłam, schodząc z kanapy.
To mój pierwszy imagin z Marcelem i musicie mi go wybaczyć. Ostatnio mam fazę na przesłodzone historyjki. Ale chyba lepsze to niż brak weny, prawda? ;)

Dlaczego dodaję dzisiaj? Mam po prostu tak dobry humor, ż mogłabym nim niejednego obdarować. Dlaczego? Otóż: DOSTAŁAM 6 Z BIOLOGII!!! O_o Tak, chodzi o ten sprawdzian z biologii, który pisałam w piątek. Ale mam radochę! Po prostu musiałam się Wam pochwalić. :D

Następna część będzie w środę, bo wtedy akurat mam taką mini-rocznicę, ale o co chodzi, to się jeszcze dowiecie. x)

P S Dzisiaj jest już 9 wyświetleń. Dlaczego nie ma komentarzy? Nie rozumiem tego, co się dzieje. Zawzwyczaj komentarze pojawiały się wraz z wyświetleniami. A teraz co? Nic. Nie rozumiem. :o