Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Louis. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Louis. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 1 grudnia 2015

#37 Louis cz.5

Policja zabezpieczyła wszystkie ślady z domu Louisa, a następnie oboje udaliśmy się na komisariat złożyć zeznania. Wszyscy wiedzieli, jak wygląda sytuacja, dlatego obchodzili się ze mną wręcz jak z jajkiem, co mi się nie podobało. Usiedliśmy z Louisem w gabinecie jego przełożonego, który był kolejnym patrzącym na mnie ze współczuciem. Wciąż byłam co prawda roztrzęsiona, lecz im więcej widziałam wokół siebie tego typu spojrzeń, tym bardziej wzrastała we mnie frustracja, a gdy zobaczyłam koło niego znajomą psycholog, jeszcze bardziej. To, co się stało, było straszne i nie pozbędę się wspomnień do końca życia, ale wreszcie czułam w sobie siłę, żeby się z tym zmierzyć i raz na zawsze pozbyć się tego współczucia w oczach wszystkich.
Lecz czy opowiadanie im o tym nie wzbudzi w nich jeszcze większej litości?
— Frances, my wiemy, że jest ci ciężko... — zaczęła Stephanie.
— Przestańcie to powtarzać — jęknęłam, sama się dziwiąc własnej odwadze. — Chcę normalnie żyć. Przestańcie się gapić jak na zbitego psa. Chcę to z siebie wyrzucić... — Wzięłam głęboki wdech, czując łzy. Nie, nie teraz. Tylko nie teraz. — ...ale to, jak wszyscy się wobec mnie odnosicie, wcale mi nie pomaga. Nawet Louis, chociaż pewnie nawet o tym nie wie. — Chwyciłam dłoń szatyna. — Chciałabym to wszystko powiedzieć... żebyście go złapali. — Wzięłam głęboki wdech, przymykając na chwil oczy. — Ja nie wiem... nie wiem po co, dlaczego ja i jak to się w ogóle stało, że wybrał mnie. — Wbiłam nieobecny wzrok w podłogę. Kolejne obrazy same przesuwały się przed moimi oczami. Czułam ścisk w gardle, ale postanowiłam, że nie pozwolę po raz kolejny się zastraszyć, bojąc się nawet szeptać. — Pewnego dnia obcy mężczyzna zapukał do moich drzwi i powiedział, że pewnie pomylił mieszkania. Nawet nie zwróciłam uwagi na ten incydent, dopóki mi o sobie nie przypomniał. Ja tylko... zamówiłam pizzę... Przyjechał. Wpuściłam go i poszłam po pieniądze. Nawet nie wiem, kiedy to się stało... Zasłonił mi usta. Ja się wyrywałam... wszystko bez skutku. Nagle poczułam ukłucie... dopiero później do mnie dotarło, że to była strzykawka... Nie mam pojęcia, co to było. Zrobiłam się ciężka. Upadłam, a gdy się obudziłam, leżałam na tyłach jakiegoś samochodu. Nie byłam w stanie się ruszyć, nawet podnieść powiek. Słyszałam tylko tyle, że lał deszcz, a on krzyczał na kogoś przez telefon. Bardzo głośno krzyczał. Kiedy ocknęłam się następnym razem, było zimno. Nie miałam ani rajstop, ani bielizny, ani butów. Tylko ta sukienka... Przyszedł... On... — Pierwsze łzy pociekły po mojej twarzy. — On robił, co chciał... Wciąż nie mogę zapomnieć dotyku tego zimnego, myśliwskiego noża, którego używał, gdy się opierałam... Chciałam umrzeć... Początkowo próbowałam się wydostać, ale potem nawet z tego zrezygnowałam. Nie mam pojęcia, jak długo to wszystko trwało. Pewnego dnia zobaczyłam na podłodze gwóźdź... Ten gwóźdź uratował mi życie. Otworzyłam drzwi i wydostałam się... Dookoła był las... Uciekałam. Minęła noc, a rano... rano mnie znaleźli.
Byłam roztrzęsiona. Niezdarnie ocierałam mokre policzki dłońmi, ale niewiele to dawało. Nie mogłam zapanować nad drżeniem obrzydzenia, które z każdą chwilą narastało. Nie nienawidziłam siebie, ja się po prostu siebie brzydziłam. Byłam brudna i nic nie warta.
— Potrafiłabyś go rozpoznać?
— Myślę, że... myślę, że tak...
— Frances, to było ważne, co powiedziałaś. Zdajesz sobie z tego sprawę? — spytała Stephanie.
Potrząsnęłam głową.
— Dziękujemy.
Otarłam łzy, po czym rzuciłam okiem na Louisa. Zrozumiał.
— Pójdziemy już.
Pociągnął moją rękę, a już kilka minut później znaleźliśmy się w jego domu. Wtedy dopiero poczułam się wolna. Nie oczyszczona, ale lżejsza. Wreszcie nauczyłam się o tym mówić. Z całej siły wtuliłam się w szatyna, wciąż jeszcze drżąc, ale nie tak intensywnie.
— Louis, ja nie chcę, żebyś ty mnie do końca życia żałował, a będziesz.
Spojrzałam mu w oczy, podczas gdy moje własne błyszczały w półmroku. Przeczesał moje włosy palcami, nic nie mówiąc. Odezwał się dopiero po chwili. Jego ciepły oddech otulił moje ucho.
— Frances, ty z tego wyjdziesz. Zaczęłaś mówić. Jesteś silniejsza, niż myślisz. Nie mam zamiaru cię żałować, tylko wspierać, by odzyskać Frances, którą byłaś, gdy się poznaliśmy.
Przez moment popadłam w stan otumanienia. Nie potrafiłam nawet stwierdzić, czy to, że mnie pocałował, tylko mi się wydawało, czy zdarzyło się naprawdę.
Jestem idiotą, chce mi się płakać po napisaniu końcówki tej części. ;_;

Chyba należą się Wam jakieś wyjaśnienia. Co, gdzie, kiedy, jak i dlaczego tak późno?
Można to chyba wytłumaczyć tym, że bardzo dużo się dzieje ostatnio i... woah, trzeba przyznać, że bardzo szybko. Szkoła, znajomi, do tego ktoś coś mi ostatnio zaprząta głowę. Btw data ostatniego posta to data symboliczna, bo wtedy się coś ciekawego zaczęło. :'D
To nie tak, że nie miałam zupełnie czasu, bo mam go stosunkowo dużo w porównaniu do gimnazjum, ale brakuje mi chyba tego spokoju, wyciszenia, które jest dla mnie niezbędne w pisaniu.
Co będzie dalej? Nie wiem, ale jestem nastawiona pozytywnie. ♥
Mogę obiecać, że jeśli zdecyduję się rozstać z blogiem, to na pewno nie bez słowa. xxx

Wstyd mi po tych trzech tygodniach niedodawania. :/ Jeśli ktoś tu jeszcze został, to... miło mi, nawet jeśli nie da o sobie znać. ♥

PS. Jak wrażenia po MITAM? Wasze ulubione piosenki?
Moje 3 typy to chyba: "If I could fly", "Temporary fix" i "End of the day". Piszcie swoje. ♥

niedziela, 8 listopada 2015

#37 Louis cz.4

Mimo usilnych starań zarówno Louisa, psychologów, jak i moich - przez kolejne kilkanaście dni nie udało mi się wykrztusić z siebie ani słowa i im dłużej to trwało, tym mniejsze były szanse na moje wyzdrowienie psychiczne. Coraz bardziej przyzwyczajałam się do faktu, że moje usta wiecznie pozostawały zamknięte, z gardła nie wydobywały się żadne dźwięki, a w samotności umysł wracał do tamtych wydarzeń.
Pewnego dnia Louis usiadł obok mojego łóżka, a w oczach miał bezradność. Nie współczucie, nie zmartwienie. Bezradność.
Spojrzałam na niego pytającym wzrokiem.
— Frances, wypisują cię ze szpitala — szepnął. — Czy ty... czy ty chcesz wrócić do Nowego Jorku?
Pytanie. Kto by chciał wracać do miejsca, skąd został porwany przez zdolnego do wszystkiego psychopatę? To jak z własnej woli wskoczyć do zgniatarki na śmieci. Niestety innego wyjścia nie miałam. Louis miał zapewne swoje sprawy, życie, dziewczynę... Nie, nie mogłam go o to prosić.
Zacisnęłam zęby, patrząc na niego pustym wzrokiem. Miałam już dosyć płaczu, pokazywania przed ludźmi swoich słabości. Dość tego, że na każdą wzmiankę lub choćby myśl o tym, co się stało, moje ciało reagowało wypuszczaniem spod powiek kolejnych łez.
— Nie, — Przeczesał palcami włosy. — Tam nie możesz wrócić. On cię stamtąd zabrał, prawda? Zostaniesz u mnie, przynajmniej dopóki go nie złapiemy.
Pokręciłam nosem, udając, że się zastanawiam, na co się zaśmiał. Po chwili wskazałam na niego palcem, po czym zakręciłam głową okrąg w powietrzu. Zrozumiał od razu. Zakaszlnął, żeby ukryć rozbawienie.
— Że niby ja i kobiety? Proszę cię. Nie miałem nikogo, odkąd... — zawahał się — odkąd się wyprowadziłem. Uśmiechasz się — dodał po chwili.
Potrząsnęłam głową, żeby odpędzić od siebie te głupie myśli, po czym nagle moje usta się otworzyły. Chciałam mu podziękować, tak po prostu. Gardło jednak nie współpracowało.
Dotknął dłonią mojego policzka.
— Spokojnie. Nie musisz.
Przymknęłam oczy, a wtedy pocałował mnie w czoło. Przez chwilę poczułam się jak mała dziewczynka i mimo że wciąż w głowie miałam to, co się stało, obraz coraz bardziej się oddalał.
~tydzień później~
Upiłam łyk kawy z kubka.
— Spróbuję się dzisiaj urwać trochę wcześniej — powiedział Louis — pojedziemy po twoje rzeczy,.
Zmarszczyłam brwi.
— Wiem, że daleko — kontynuował — ale Steph przywiozła tylko malutką część twoich rzeczy, poza tym chciałbym odwiedzić stare miejsca.
Wzruszyłam tylko ramionami, choć tak naprawdę fakt, że będę musiała jechać w miejsce, gdzie to się zaczęło, napawał mnie strachem.
— Spokojnie, będę cały czas przy tobie. — Położył dłoń na moim ramieniu.
Pokiwałam głową.
Tygodnie wspólnego spędzania czasu się udzielały. Potrafił czytać z moich min i gestów jak z otwartej księgi.
Wyszedł piętnaście minut później, żegnając się ze mną krótkim całusem w policzek. Przeszłam do salonu i włączyłam telewizję. Kiedy zostawałam sama, w domu nie mogła panować zupełna cisza, bo wyobraźnia płatała mi wtedy różne figle. Ściszyłam odbiornik, po czym chwyciłam ze stolika książkę. Mijały kolejne minuty, godziny. Nagle usłyszałam stukanie. Pomyślałam, że to tylko mój umysł jak zwykle fiksuje, ale to się powtórzyło. Rozejrzałam się spanikowana dookoła i wtedy Go zobaczyłam. Stał z tym swoim obrzydliwym uśmieszkiem i bezczelnie gapił się na mnie przez drzwi tarasowe. W pierwszej chwili podskoczyłam, następnie sparaliżował mnie strach. Brałam krótkie ciężkie wdechy. W końcu zamknęłam powieki, czekając na to, co miało niechybnie nastąpić.
Nie wiem, jak długo trwałam tak w bezruchu, lecz gdy otworzyłam oczy, jego już nie było.
Dopadłam słuchawkę telefonu i szybko wystukałam na klawiaturze numer.
— Frances? Frances, co się stało? Mam przyjechać? — Rozpłakałam się do słuchawki. — Jadę.
Dziesięć minut później wpadł do salonu jak burza.
— Frances, Jezu. Tak się bałem — szeptał, mocno przyciskając mnie do siebie.
— Louis, on tu był — łkałam. Miałam ochotę krzyczeć, byle tylko ten psychopata się więcej nie pojawił w moim życiu. — On tu był... Patrzył na mnie... to mi się nie wydawało...
— Gdzie, Frances? Gdzie go widziałaś?
— Tam... Tam był... — Pokazałam palcem na drzwi. — Louis, on mnie zabije...
— Nic ci nie zrobi i ja tego dopilnuję. Poczekaj.
Wypuścił mnie z ramion, po czym udał się w kierunku drzwi. Z przerażeniem obserwowałam każdy jego ruch. Nacisnąwszy klamkę, wyszedł na zewnątrz. Nagle schylił się i podniósł prostopadłościenny przedmiot dość dużej wielkości. Pudełko?
— Frances, to twoja szkatułka? — spytał. Jego źrenice powiększyły się. Potwierdziłam. Drżącymi palcami otworzył wieczko, a po zajrzeniu do środka natychmiastowo je zamknął.
Jak się później okazało - w środku znajdowała się ludzka śledziona.
Nie pytajcie, co ja mam w głowie, bo ci, którzy mnie znają, wiedzą, że nie jestem do końca normalna. xD
Piszcie o wrażeniach, hahah. (tych negatywnych też, obowiązkowo)
A teraz mam krótkie pytanie: Nie macie dość Harrego na tym blogu?
Bo ja mogę w każdej chwili z nim coś napisać, żaden problem, haha. Boję się tylko, że Wy będziecie mieli dość opowiadań z nim.
Zanim odpowiecie, popatrzcie tylko na to:
Tak że tego... haha. ♥

niedziela, 11 października 2015

#37 Louis cz.3

<~>
Uprzedzono mnie, że będę miała wizytę jakiejś wybitnej pani psycholog, co wcale nie pomogło mi, gdy już ją zobaczyłam w drzwiach sali szpitalnej, w której leżałam. Przed oczami miałam to, jak (w moim mniemaniu) zacznie mnie za chwilę zmuszać do opowiadania tego, o czym wolałabym zapomnieć.
Wlepiłam wzrok w żółtawą ścianę naprzeciwko. Czy ona kiedyś była biała, czy ktoś specjalnie pomalował ją na kolor kojarzący się ze starością? Czy ja własnej starości doczekam? On mnie znajdzie, ja nie mam prawa żyć, należę do Niego, tylko On ma prawo o tym decydować.
Poczułam piekące łzy pod powiekami.
Nie wolno mi płakać. Nie wolno hałasować.
„Umówmy się. Ty wydajesz z siebie jakiś dźwięk, a ja w nagrodę pozbawiam cię jednej części ciała. Zacznę od języka”.
Kobieta usiadła, po czym usłyszałam jej głos:
— Nazywam się Stephanie Mellark. Frances, jestem tutaj tylko po to, żeby ustalić, czy to, co ci się stało, miało związek z psychopatą, którego od miesięcy szukam. Chcesz mi coś powiedzieć?
Spojrzałam na brunetkę, otwierając usta, ale poczułam blokadę. Żadne słowo się z nich nie wydobyło.
Nie wolno mi się, do cholery, odzywać. Nie wolno.
Potrząsnęłam głową.
— Tu chodzi o bezpieczeństwo twoje i innych kobiet, które w najbliższym czasie mogą zostać zaatakowane przez tego psychola.
Zacisnęłam zęby, po czym odwróciłam głowę w drugą stronę.
— Powiedz mi tylko, czy to był on.
Popatrzyłam na nią, a wtedy wyjęła z kieszeni złożone na kilka części zdjęcie mężczyzny.
Potrząsnęłam szybko głową potakująco, żeby je jak najszybciej schowała.
— Chciałabyś może, żebym do kogoś zadzwoniła? Kogoś bliskiego?
Wreszcie na moment udało mi się wyrzucić z głowy tego psychopatę. Pomyślałam o tych wszystkich znajomych, których nie miałam. I ukochanym, przez którego nie czułam się kochana. Jedyna osoba, która mogłaby się o mnie martwić, była właśnie na wakacjach tysiąc kilometrów stąd.
Zaprzeczyłam ruchem głowy, po czym, z moich oczu spłynęło kilka łez.
— Dziękuję, Frances. — Kobieta położyła swoją dłoń na mojej, po czym podniosła się. — Gdyby coś… — Położyła swoją wizytówkę na szafce, po czym wyszła.
<~>
— I co? — Poderwałem się na widok Stephanie wychodzącej z sali, gdzie leżała Frances.
— Usiądź. — Machnęła ręką, po czym zajęła miejsce obok mnie.
— Stephanie, co z nią?
— Nie mówi — odparła — nie płacze. Prawdopodobnie ten sukinsyn jej czymś groził, jeżeli będzie krzyczała. Te cięcia na jej udach… tym ją postraszył. Miała zaciśnięte nogi, to rozdzielił je nożem. Zgaduję, że raczył ją tekstami typu: „krzyknij, a odetnę ci język”. Nie chciała, żebym gdziekolwiek dzwoniła. Może ty znasz jakąś jej rodzinę?
— Ona od zawsze była sama. Mówiła, że nie ma nikogo. — Potarłem palcami skronie. — Stephanie, ona nie może być sama.
— Mnie to mówisz?
— Ja to załatwię, ale trzeba w końcu dopaść tego skurwysyna. Wkroczył na mój teren i skrzywdził Frances. Nie odpuszczę.
~półtora tygodnia później~
Siedziałem przy Frances mimo zmęczenia pracą i niewyspania. Wciąż się nie odzywała. Przychodziłem codziennie i nie usłyszałem jeszcze ani jednego słowa z jej ust.
Tego dnia byłem wyjątkowo sfrustrowany.
— Frances, musisz uwierzyć, że jego już nie ma i nie będzie. Błagam, powiedz chociaż słowo.
Popatrzyła tylko na mnie swoimi zielonymi, pełnymi strachu oczami i znowu nic nie powiedziała. Ona się nawet niewiele ruszała. Niewiele jadła. Potrząsała tylko głową i wykrzywiała usta przy zmianach opatrunku.
— Może ty nie chcesz, żebym ja tu w ogóle siedział, co? — wybuchnąłem. — Może ja się niepotrzebnie produkuję? Chcesz być sama? Proszę.
Podniosłem się, ale wtedy zacisnęła swoją dłoń na rękawie mojej kurtki, zmuszając mnie do ponownego zajęcia miejsca, po czym oplotła moją szyję rękoma i wtuliła się we mnie mocno. Zaczęła cicho łkać, a ja natychmiast pożałowałem tego, co wypłynęło z moich ust.
— Przepraszam, Frances, przepraszam — szepnąłem. — Nigdzie nie pójdę, jeżeli będziesz chciała, żebym został, tylko się nie poddawaj. Udowodnij temu sukinsynowi, że nie dasz się zastraszyć.
Poczujcie tę moją domorosłą psychologię. :'D
Ostatnio na mnie spadł (prawie dosłownie) pewien pomysł na nowe opowiadanie z Niallem (bo dawno z nim nie pisałam) i chyba go zrealizuję. c: Myślę, że czegoś takiego jeszcze nie czytaliście.
Może coś dodam w środę (bo wolne), ale nic nie obiecuję.
Dziękuję za ponad 150 tys. wyświetleń, wow. ♥
PS. Zamówiłam szablon na ff, więc jest duży postęp, haha.

niedziela, 4 października 2015

#37 Louis cz.2

<~> - zmiana perspektywy (ten znaczek się już tu kiedyś pojawił, o ile ktoś jest tu od dłuższego czasu ☺)

<~>
Potarłem skronie palcami, próbując odpędzić zmęczenie. Fakt, że wyciągnięto mnie z łóżka o piątej nad ranem nie pomagał. Powinienem być w terenie, badać ślady albo chociaż być na komisariacie, tymczasem co? Siedzę tu jak te debil od rana, czekając nie wiadomo na co. Myślałem, że jak się przeniosę, będzie dużo prościej, a tu co? Jakiś pieprzony sukinsyn grasuje po całym stanie Nowy Jork i nawet wyszkoleni agenci FBI od pół roku nie potrafią nic z tym zrobić. Miało być prościej. Bez romansów, gangów, ksenofobów, rasistów, codziennych dawek okrucieństwa. Tymczasem siedzę na szpitalnym korytarzu pod salą kobiety, którą kiedyś znałem. Przez krótki i wspaniały, lecz bardzo intensywny okres byliśmy blisko, ale nasze drogi się rozeszły. Zapamiętałem ją jako pewną siebie, atrakcyjną kobietę z gracją, tymczasem teraz nie przypomina ani trochę dawnej siebie. Wciąż dręczyło mnie jej błagalno-wystraszone spojrzenie rozbiegane dookoła. Błotna maź pomieszana z krwią na całym jej ciele, rany, potargane włosy. Czy to naprawdę była ona? Czy ja naprawdę czekałem na przybycie psycholog - koleżanki po fachu, która miała określić, czy będę w stanie dziewczynę przesłuchać? Czy ją naprawdę dopadł ten psychopata?
Znaleźli ją myśliwi. M y ś l i w i. Każdy z nich mógł w każdej chwili jej nie zauważyć, oddać strzał, a wtedy...
Podniosłem się, chcąc spróbować uleczyć senność kawą z automatu, gdy nagle ją zobaczyłem. Stephanie Mellark we własnej osobie. Miała krótkie ciemne włosy, na sobie biały podkoszulek, wysłużone dżinsy i adidasy. Była jedną z najlepszych psycholożek w kraju, a umysł owego psychopaty imieniem Alfred Havard studiowała przez ostatnie kilka miesięcy i można powiedzieć, że wiedziała wszystko o metodach jego działań i zachowaniu względem potencjalnych ofiar, a także sposobach ich wyboru. Pracowaliśmy razem przez dość długi okres, dopóki się nie przeprowadziłem. Można nawet powiedzieć, że się przyjaźniliśmy. Od początku wyznaczyła granice, dlatego nigdy nie doszło do niczego więcej, ale wiedziała o mnie praktycznie wszystko.
Przytuliliśmy się, po przyjacielsku klepiąc w plecy.
— Kopę lat — zaśmiała się. — Zmieniłeś numer, nie mogłam się dodzwonić — zmieniła ton z przyjacielskiego na odrobinę oskarżycielski. — Chciałam przyjechać, ale nie było okazji, a teraz... Szkoda, że w takich okolicznościach. Jak z tą dziewczyną?
Moją twarz wykrzywił grymas.
— Nieciekawie.
— Wierz mi, że to cud, że w ogóle żyje. Jaką ona się musiała odwagą wykazać, że uciekła. Zaraz do niej idę.
—Steph — chwyciłem dziewczynę za ramię — ta dziewczyna to Frances.
— Wohohoho. Po samej twojej minie widzę, że nie jest to jakaś przypadkowa Frances. Czyżby jej imię figurowało na wyjątkowej karteczce twojego czarnego notesika*?
— Nie bądź taka bezduszna — zganiłem ją. — Po prostu uważaj.
— Nie ucz ojca dzieci robić — odparła ze śmiechem, po czym strąciła moją rękę i udała się w stronę szpitalnej sali.
Ja przesadzałem czy ona była obcesowa?

*chodzi o notesik, w którym zapisuje się numery i nazwiska byłych dziewczyn
Stephanie może się Wam (tak jak Louisowi) odrobinę nietaktowna, ale myślę, że następne części to zweryfikują. ☺
Sobotnie, nocne dodawanie postów to już powoli u mnie tradycja. XDD
Btw, wiem, że nie wszystkim Wam może się to opowiadanie spodobać i ja to rozumiem, ale zamierzam je tak czy siak kontynuować. Po raz pierwszy od dawna czuję się tak dobrze w jakiejś historii, naprawdę. I fajnie, że te (aż) 9 osób czuło potrzebę podzielenia się ze mną opinią. ♥
PS. Wiem, że części są krótkie, ale na dłuższe mnie naprawdę nie stać. Mam masę innych obowiązków. xx

sobota, 26 września 2015

#38 Louis cz.1

Biegłam, w zasadzie nie zastanawiając się dokąd. Jak najdalej. Czułam się, jakby gonił mnie żywy ogień palący moje plecy. Byle jak najdalej. Moje rany na udach wciąż krwawiły, spływając po nogach na stopy. Liście pod moimi stopami były mokre i śliskie. Z całych sił próbowałam trzymać równowagę, a jednak wciąż co chwila się przewracałam. Zapadał zmierzch. Nagle zerwał się wiatr, a ja z całych sił pożałowałam, że ubrałam tę sukienkę. Przed oczami stanął mi widok moich czarnych spodni, w których byłoby mi o wiele cieplej. Dlaczego ja ich, do cholery, nie ubrałam?
Zatrzymałam się pod drzewem, dysząc ciężko. Rozglądałam się niespokojnie wokół, szukając między pniami. Szukałam jakiegoś światła, śladu ludzkiej obecności, czegokolwiek. Nic. Wszędzie dookoła tylko ta cholerna mgła. Spojrzałam na drzewo, pod którym stałam. Robiło się coraz ciemniej, a gałęzie wydawały się solidne i szerokie. Natomiast zagrożenie tego, że on wróci, tak samo jak ataku dzikich zwierząt, na tym odludziu było naprawdę spore. Gdzieś musiałam spędzić tę noc.
„Umiesz się wspinać. Do cholery, umiesz się wspinać”.
Nie zwracałam uwagi na to, jak bardzo ranię swoje stopy i dłonie kolejnymi otarciami. Miałam jeden cel i zamierzałam go osiągnąć za wszelką cenę. Zaciskałam zęby, ignorując łzy, które płynęły po moich policzkach przy kolejnych nieudanych próbach. W końcu dostałam się na największą gałąź. Skuliłam się wbijając paznokcie w twardą korę.
Podczas biegu mogłam zagłuszyć wszelkie myśli wysiłkiem fizycznym. Teraz zupełnie odwrotnie. Wszystkie obrazy, dźwięki wracały na nowo, powodując duszący ból w klatce piersiowej. Przez chwilę myślałam, że nie potrafię oddychać. Miałam podartą sukienkę. Wiele miejsc na moim ciele było umazanych od krwi. Sama już nie wiedziałam, gdzie miałam rany, a gdzie czerwona ciecz pomieszana z błotem pozasychała od innych zadrapań i otarć
„Weź się w garść. Do cholery. Weź się w garść”.
Drzewa od dzieciństwa kojarzyły mi się z bezpieczeństwem. Często chowałam się na nich przed ciocią i wujkiem, by nie zostać znów zamknięta w szopie. A teraz od nowa to robię. Ukrywam się.
Myślałam, że już się od tego uwolniłam, że uwolniłam się od tych demonów, a jednak wciąż mnie goniły i teraz na nowo dałam się złapać.
Przymknęłam oczy jednak sen nie przychodził. Bałam się snu, bo wspomnienie tej ohydy, tego, co mi zrobił, mogło w każdej chwili wrócić.
Kilkakrotnie tej nocy wzdrygałam się, słysząc podejrzane szelesty. Przerażała mnie ciemność, otoczenie, brak jakichkolwiek śladów ludzkiej cywilizacji. Oddałabym wszystko, byleby znaleźć się w swoim ciepłym łóżku, nawet jeśli po raz kolejny miałabym dzielić je z kimś, kogo ani trochę pod innymi niż seks względami nie obchodzę.
Nadszedł ranek. Zrobiło się jasno i ciepło. W powietrzu czuło się wyraźny zapach wilgoci. Niepewnie opuściłam swoją kryjówkę, po czym upadłam na miękką ściółkę, próbując rozluźnić obolałe i zdrętwiałe od niewygodnej pozycji mięśnie. Podłoże było mokre od rosy i mgły, która musiała opaść w trakcie nocy. Przechodziły mnie dreszcze. Na chwilę przymknęłam oczy, gdy nagle poczułam ścisk w żołądku. Byłam bardzo głodna. Nie wiedziałam nawet, od jak dawna niczego nie jadłam. Zaczęłam się wsłuchiwać w dźwięki dookoła, gdy nagle usłyszałam kroki gdzieś niedaleko. Poderwałam się przerażona. Zobaczyłam w oddali postać, przez co zaczęłam uciekać ile sił w nogach. Nagle mokre liście pod moimi stopami przestały spełniać swoją funkcję. Poślizgnęłam się, a chwilę potem wylądowałam w głębokim dole bez szans na jakąkolwiek ucieczkę. Błoto w tamtym miejscu miało zbyt kleistą konsystencję, obsuwało się za każdym razem, gdy próbowałam się wspiąć. I wtedy nagle zobaczyłam nad sobą twarz, a następnie usłyszałam krzyk:
— Tu jest!
Zdjęcie dla klimatu. Louis mi nie pasował. xD
Sama nie wiem, co mnie zainspirowało do stworzenia tej historii. Trochę książka, którą ostatnio przeczytałam, trochę własne doświadczenia. (Guess what? We wsi, gdzie się mieszka od 16 lat, też się można zgubić :'D) Dość często będzie to opowiadanie ocierało się o kryminał czy thriller, co widać po tej części.
Na razie to taki przedsmak akcji. Na tę chwilę mogę Wam zdradzić, że (uwaga) akcja nie dzieje się w Londynie ani nawet w UK.
W sumie sama jeszcze nie wiem, co z tą historią zrobię, bo jeśli Wam się nie spodoba, zacznę coś innego.
Tak że piszcie, co sądzicie. xx
I piszcie też, czy jest sens tego, że ja się tak produkuję w notkach, bo... lmao, próbuję mieć z wami jakiś kontakt przez nie, a w sumie nie wiem nawet, czy ktoś je w ogóle czyta i czy go to obchodzi, haha. ♥
Jeśli Was czymś wkurzam – też piszcie.
(nie wiem, dość często mam wrażenie, że jestem irytująca)
PS. Najpopularniejszy post tego bloga (ten) osiągnął 2000 wyświetleń, woah. Dziękuję. ♥

piątek, 1 maja 2015

#32 Louis cz.6 (ostatnia)

~rok później~
Louis
Wszedłem na palcach do domu, po czym zamknąłem drzwi. Z salonu po całym domu roznosił się jej śpiew. „Zapewne jakaś Taylor Swift”. Uśmiechnąłem się pod nosem. „Obstawiam 22 albo Mine”.
— You made a rebel of a careless man's careful daughter…
„Jednak Mine”.
Wszedłem do salonu, lecz ona tego nie zauważyła. Zapamiętale ścierała kurze, podrygując w rytm piosenki. Granatowa bluza, którą miała na sobie, osunęła się jej z ramienia, lecz nawet nie zwróciła na to uwagi. Zawsze mi tym imponowała; jak już coś robiła to na 200%. Była tak idealna i szczęśliwa, że aż bolało.
— You are the best thing that's ever been mine…
Podszedłem do niej, wyjmując słuchawki z uszu.
— Wiem — szepnąłem, obejmując ją w pasie od tyłu.
— A ty nie powinieneś być w studiu? — zapytała. — Co tu masz? — Wyciągnęła mi z ręki książkę.
— Pierwsze, świeżutkie wydanie — powiedziałem, uśmiechając się. Na okładce tytuł i podpis: „Samantha Jones”. Rzuciła mi się krótko na szyję, po czym otworzyła egzemplarz. A tam na pierwszej stronie:

Czytelnicy rzadko zdają sobie sprawę, jak często pisarze inspirują się swoimi własnymi doświadczeniami. Czasem wystarczy ułamek sekundy, by po czuć to coś: „Hej, może zrobię z tego książkę?”. Niektórzy może wiedzą, że pisząc „Robinsona Crusoe”, Daniel Defoe inspirował się prawdziwą historią Alexandra Serkirka. Powieść, którą właśnie trzymacie w ręku, również została napisana na podstawie prawdziwej historii, którą wszyscy znacie: Louis Tomlinson ląduje na pozornie bezludnej wyspie z jakąś tam [t.i.] [t.n.]. Teraz sama bohaterka (ja = Samantha Jones = [t.i.] [t.n.]) chciałaby przedstawić Wam, jak prezentowało się to z jej perspektywy.
Tę powieść dedykuję mojemu przyszłemu mężowi. Za to, że „wróży nam długą przyszłość”. Tak, Louis. Ja też.
[Twoje.inicjały] ♡

PS. Potraktujcie tę książkę jak pisarski wybryk. Nie rezygnuję z pisania kryminałów. Nowa powieść za trzy miesiące idzie do druku. ☺

— Nie żałujesz, że się ujawniłaś? — zapytałem.
— Nie, skąd. — Machnęła ręką. — W końcu i tak bym musiała.
„No dalej! Przejrzyj tę książkę!”, pomyślałem zniecierpliwiony.
Przewinęła kartki, po czym wreszcie dostała się na ostatnią stronę, gdzie taśmą samoprzylepną przyklejony był srebrny pierścionek z niebieskim oczkiem. Odkleiła go ostrożnie. Ręce jej drżały.
— Chyba zwariowałeś — wyszeptała.
— Tylko na twoim punkcie. — Przygryzłem chrząstkę jej ucha. Następnie wyjąłem biżuterię z jej dłoni, po czym przyklęknąłem na jedno kolano.
— Czas dokończyć to, co zacząłem — powiedziałem, ujmując jej dłoń. — [t.i.] [t.n.], czy zostaniesz moją…
— Nie. — Potrząsnęła głową przecząco. Auć, cios prosto w serce.
— Dlaczego?
Parsknęła śmiechem.
— Twoja mina była bezcenna, Lou — zachichotała.
— Ty mały zgredzie! — Podniosłem się z kolan i zacząłem ją łaskotać. Zwijała się ze śmiechu, ale ja nie przestawałem. Książka już dawno upadła na podłogę, pierścionek wsunąłem sobie na mały palec, żeby go nie zgubić.
— Louis, przestań! — krzyknęła rozpaczliwie. — Okay, wyjdę za ciebie! Zadowolony?!
Zatrzymałem ruchy, po czym nakazałem:
— Powiedz to jeszcze raz.
Odchrząknęła.
— Ekhem… Louisie Williamie Tomlinsonie, zamierzam być dla ciebie najgorszą żoną na świecie: będę cię zdradzać na każdym kroku, nie będę dbała o dom, zniszczę ci życie, nie mówiąc już o seksie, o którym możesz w ogóle zapomnieć. Zgoda?
— Oryginalne przyjęcie oświadczyn, nie ma co. — Pokiwałem głową z udawaną aprobatą. — Ja w takim razie obiecuję być najlepszym mężem pod słońcem: będę ci wybaczał wszystkie zdrady, będę cię kochał i szanował bez względu na wszystko, zadbam o dom, a co do seksu… poradzę sobie sam. — Pocałowałem jej szyję.
Zachochotała uroczo.
— To dasz mi ten pierścionek? — zapytała. — Zapomniałam wspomnieć, że oskubię cię z kasy.
Zsunąłem biżuterię ze swojego palca, a po chwili spoczęła ona na jej ręce.
— Kocham cię — szepnęła, całując mnie z uczuciem. — Będę najlepsza, o ile mi pozwolisz.
Uśmiechnąłem się
— Pozwalam.
I tu zaczyna się problem, bo, prawdę powiedziawszy, ostatnio się okropnie obijam i nie mam pojęcia, co za tydzień miałabym opublikować, więc albo dogłębnie przejrzę mój zabałaganiony folder, albo odkurzę stare pomysły, tak że bądźcie cierpliwi i nie miejcie mi za złe, jeśli się trochę spóźnię. x Chyba nie wyrabiam z prowadzeniem naraz dwóch blogów. Trzeba się w końcu na coś zdecydować, a nie... ;//
10 komentarzy? Proszę? ♥
Dziękuję za prawie 80 000 wyświetleń. *.*

piątek, 24 kwietnia 2015

#32 Louis cz.5

Obudziłam się, leżąc na klatce piersiowej Louisa. Ocean szumiał głośno. „Jezu, co my tu robimy?”. Ziewnęłam przeciągle, wyprężając ciało. Usnęliśmy na plaży, na chłodnym piasku, który zaczynał się już nagrzewać. Słońce nieco różowiło się nad lasem, niebo było czysto błękitne. Rozejrzałam się dookoła, gdy nagle moją uwagę przykuła czyjaś postać schowana nieco w gęstwinie. Przestraszyłam się.
— Louis… — Szturchnęłam szatyna w bok, nie odrywając wzroku od tej postaci.
— Co jest, o co chodzi? — zapytał sennie.
— Zobacz tam. — Ledwo zauważalnie skinęłam podbródkiem w stronę postaci.
— Jezu, kto to? — ziewnął.
— Nie wiem. Chodź tutaj. — Machnęłam ręką na tę osobę. — Nie bój się. Chodź.
Z krzaków wyłoniła się przestraszona postać czarnoskórej kobiety, która nie wyglądała na starszą ode mnie. Jej źrenice były niesamowicie powiększone ze strachu.
— Nie bój się — zachęcałam ją. — Nie zrobimy ci krzywdy… Chodź. — Gdy podeszła wystarczająco blisko, zapytałam: — Do you live here? — Nie słysząc odpowiedzi, zadałam kolejne pytanie. — English? Do you speak English?
— Wioska… Tam… — Machnęła ręką daleko w las.
— Macie telefon?
Skinęła głową.
— Pokazałabyś mi gdzie? — zapytałam.
Pokiwała głową, że tak, po czym, patrząc na Louisa, powiedziała coś po swojemu.
— Przepraszam, nie rozumiem.
Zaczęła tupać nogą jakby w zamyśleniu.
— Wy… mąż?
Zakreśliła palcami serce w powietrzu.
— Nie, nie! — zaprzeczyłam energicznie.
— Spać razem. Mąż — oznajmiła pewnie.
— Nie. — Zaczerwieniłam się.
— Tak, mąż. Ja i ona – małżeństwo — wtrącił się Louis, wstając z miejsca i podając mi rękę. Podniosłam się, otrzepując spodnie od piasku. — Zaprowadzisz nas? — zapytał.
Kobieta pokiwała głową i zaczęła nas prowadzić.
— Jak mogliśmy nie zauważyć, że na wyspie, na której się znajdujemy, jest też wioska? — spytałam Louisa z wyrzutami.
— Nie wiem, kurw… kurde — odparł. — Przecież nie łaziliśmy po całej wyspie. Poza tym przez te chaszcze i tak trudno się przedrzeć.
— Wasze imiona? — zapytała nagle czarnoskóra, widząc, że atmosfera między nami zaczyna się psuć.
— Ja Louis. Ona [t.i.]. A ty?
„Umiem mówić”, przemknęło mi przez głowę.
— Ayo.
— Jak wy… — zagadnęła — być… tu?
— Nasz samolot. Rozbić się. — Gestykulował wymownie rękoma.
— Ała. — Kobieta skrzywiła się.
— To kiedy noc poślubna, kochanie? — zapytał szatyn, łapiąc mnie pod boki. Strąciłam jego dłonie.
— Po ślubie, skarbie — odpowiedziałam przesadnie słodkim głosem.
— Oficjalnie już jesteśmy po.
— A nieoficjalnie nie jesteśmy nawet przed.
— To wyjdź za mnie.
— Słucham?
— To, co słyszałaś. Wyjdź za mnie.
— Jakie romantyczne oświadczyny — fuknęłam. Nagle zatrzymał się i uklęknął. Czarnoskóra popatrzyła tylko na nas ze zdziwieniem wymalowanym na twarzy. — Co ty odwalasz? — zapytałam.
— Oświadczam ci się.
— Okay. — Założyłam ręce na piersi.
— [t.i.] [t.n.], znamy się jakieś… dwa i pół dnia. Niewiele mogę powiedzieć o tobie, ale na 90% kiedyś na poważnie ci się oświadczę, bo irytujesz mnie jak nikt inny, więc wróżę nam długą przyszłość. Toteż zapamiętaj ten moment, żebyś potem nie mówiła, że nie miałaś oryginalnych oświadczyn.
Uklękłam naprzeciwko niego.
— A pozostałe 10%? — zapytałam.
— Pozostałe 10 to wypadki losowe: śmierć jednego z nas, wojna nuklearna i tym podobne.
Ujęłam jego twarz w dłonie.
Cholera, serce wali mi jak młotem. Czuję, jak robię się czerwona, kiedy na mnie patrzy. Zakochuję się w tym idiocie. Czy on wie, co robi? Pocałowałam go. Czy ja wiem, co robię?
~*~
— To będzie fun — mruknął Louis pod nosem, wrzucając drobne do telefonu. — A… zadzwonimy sobie do Paula. Niech go orżną za międzykontynentalne. — Wystukał numer na klawiaturze, przykładając słuchawkę do ucha.
Jego rozmowa trwała krótko. Dosłownie pół minuty. Wyjaśnił w skrócie, co się stało, a następnie odłożył słuchawkę.
— Jutro po nas kogoś przyśle. Nie może wcześniej — powiedział.
— Jasne, okay.
Nagle gwałtownie odwrócił się w moją stronę, całując mnie namiętnie. Wczepił palce w moje włosy mocno, aż jęknęłam z bólu i rozkoszy. Czułam ucisk pożądania w okolicach podbrzusza, nad którym nie byłam w stanie zapanować. Zacisnęłam palce na jego karku, wbijając się prawie w jego skórę.
— W skali od 1 do 10… — zapytał, całując moją szyję — jak bardzo jesteś teraz sfrustrowana, [t.i.]?
Musnęłam wargami jego ucho.
— Nie drwij sobie ze mnie, kochanie — położyłam nacisk na ostatnie słowo. — Czuję, że ktoś tu jest bardziej sfrustrowany ode mnie.
— A to… żebyś do wieczora nie zapomniała o tym, że mnie pragniesz… — Wpił się w moją szyję gwałtownie, zostawiając na niej malinkę. Zacisnęłam zęby, żeby nie jęknąć. Odsunął się ode mnie. Czułam obłęd. W każdym nerwie mojego ciała pulsowało szaleństwo. Moje włosy były potargane, wargi pulchne, policzki czerwone, a szyję zdobił czerwony ślad. To chore, co ten człowiek był w stanie ze mną zrobić w pół minuty. Jeszcze bardziej chore jest, co potrafił zrobić z moim życiem w niecałe trzy dni.
„Jestem szczęściarą”, pomyślałam, gdy nagle podeszła do nas Ayo.
— Iść za mną — powiedziała. — Mój ojciec prowadzić hotel… On zgodzić się, wy spać u niego.
— Dziękujemy, Ayo — powiedzieliśmy prawie jednocześnie.
— Wy… Ty… — Wskazała palcem na mnie. — Odwdzięczyć się.
— Jak?
— Wieczorem ja wychodzić z domu. Pomóc się ubrać — wyjaśniła, a na jej policzki wkradł się rumieniec zawstydzenia.
Uśmiechnęłam się.
— Pewnie.
~*~
Pod wieczór na palcach weszłam do pokoju mojego i Louisa. Zamknęłam za sobą drzwi, gdy nagle lampka rozbłysła, a ja prawie podskoczyłam.
— Gdzie byłaś? — zapytał z wyrzutem. Stanęłam przodem do siedzącego na łóżku szatyna, którego sylwetka rysowała się w bladej poświacie. Noce były na tyle upalne, że nie miał na sobie niczego poza dopasowanymi bokserkami, co – nie ukrywam – stanowiło kuszący widok.
— Pomagać Ayo? — odpowiedziałam.
—  Jest 23:00. Ayo wyszła dwie godziny temu — zauważył, a ja wtedy zrozumiałam, że mnie sprawdzał.
— Okay, chwilę posiedziałam z jej bratem. Może być?
Wyprostowałam się w miejscu, nie chcąc mu pokazać, że wewnątrz czułam się mała i zastraszona. Jak dziecko kontrolowane na każdym kroku.
— Z Kalim? — spytał.
— Tak.
— Miło było?
— Owszem.
— Fajnie, że się dobrze bawiłaś — wycedził przez zaciśnięte zęby.
— Też się cieszę. Mogę iść pod prysznicu, mężulku? Starczy tego przesłuchania.
— Wiesz co? Rób jak chcesz. Co mnie to. — Wzruszył ramionami.
„Jego ignorancja to najgorsze, co może być”, pomyślałam.
— Albo nie — nagle zmienił zdanie. — Posłuchaj mnie teraz. — Wstał i podszedł do mnie. Uniosłam lekko głowę, by patrzeć mu w oczy. — Zawsze pamiętaj, od kogo masz to. — Przesunął opuszkami palców po mojej malince, wywołując fale przyjemnych dreszczy. — Pamiętaj, do kogo należysz, bo choćbym miał cię siłą odbierać, wezmę, co moje. Rozumiesz?
Spuściłam głowę lekko, żeby nie zauważył delikatnego uśmiechu na moich ustach, gdy przypomniałam sobie rozmowę z Kalim:
„— Twój mąż być pewnie zazdrosna — mówił. — Ty nie powinna ze mną siedzieć i rozmawiać.
— Powinna, nie powinna. Mojemu mężowi troszkę zazdrości nie zaszkodzi.”
Wiedziałam, co mówię. Oczekiwałam od Louisa takiego zachowania. Perfidnie? Trochę.
— Rozumiesz? — powtórzył pytanie, ujmując mój podbródek. Zamaskowałam uśmieszek, po czym spojrzałam mu odważnie w oczy. Nie był zły. Raczej zdeterminowany. Jego postawa, wzrok, mina – wszystko wyrażało zacięcie i pewność.
Kiwnęłam głową, po czym uśmiechnęłam się szeroko.
— Co cię tak bawi? — zapytał.
— Mój mężulek myślący, że zostawiłabym samego Louisa Tomlinsona, który za mną szaleje, dla… kogokolwiek — zaśmiałam się, zarzucając mu ręce na szyję.
— Ty mały krętaczu, specjalnie to zrobiłaś. — Objął mnie w pasie.
— Skądże — udawałam niewiniątko.
Chwycił za spód mojej bluzki i zaczął ją podwijać. Uniosłam ręce do góry, by mógł mi ją zdjąć.
— Wiesz, co myślę? — zapytał. — Po powrocie do Londynu się mnie nie pozbędziesz. — Zaczął rozpinać moje spodenki, po czym zsunął mi je z bioder, aż upadły na podłogę. — Nie pozbędziesz się mnie przez całe życie… — Załapał mnie za uda, a ja oplotłam nogami jego biodra. Czułam jego wargi błądzące w okolicach mojej szyi i ucha. Już wtedy wiedziałam, do czego zmierza, ale nie zamierzałam go powstrzymywać.
— Skrzywdź mnie, a rozpowiem, że masz małego — wyszeptałam.
Zaśmiał się, wolno opadając ze mną na łóżko.
— Pani nie wie, co mówi, pani Tomlinson — wymamrotał, gwałtownie wpijając się w moje usta.
Akcja się dzieje szybko? Może [czyt. Wiem]. xd
Następna część jest ostatnia, tak że jeśli czytacie, to skomentujcie. Proszę. xx
Taka piękna pogoda, a ja w domu siedzę. Tak to jest, jak się nie ma życia towarzyskiego, haha.
W ogóle chwalcie się, jak Wam poszły te całe egzaminy. Sprawdzaliście wyniki? Ja stwierdziłam, że nie ma po co się denerwować już teraz. Tylko z angielskiego nie wytrzymałam i historię sprawdziliśmy z nauczycielką, więc, chcąc nie chcąc, wynik poznałam. :3
Pozdrawiam. xx
PS. Mały spam, bo Patrycja chyba (odpukać!) tymczasowo przynajmniej wróciła, więc wchodźcie. ♥ http://onedirection-imaginy-opowiadania.blogspot.com

niedziela, 19 kwietnia 2015

#32 Louis cz.4

Chwyciwszy kostkę mydła, przyszykowałam sobie ręcznik, szampon oraz świeże ubrania.
— Dokąd idziesz? — spytał Louis.
— Się wykąpać.
Uśmiechnął się cwaniacko.
— Może…?
— Nie kończ — przerwałam mu. — Będę za pół godziny.
— Ale…
— Nie ma ale.
— Wstydzisz się mnie? — zapytał. — Moglibyśmy pójść razem… — zbliżył się do mnie, szepcząc mi na ucho, po czym położył dłonie na moich biodrach. Zapięłam zdecydowanym ruchem walizkę, próbując mu pokazać, że nie działa na mnie tak, jak mu się wydawało.
— Wszystko sprowadzasz do jednego — odparłam, a wtedy ledwo wyczuwalnie musnął moją szyję.
— Do kąpieli? — zamruczał niewinnie, cały czas wodząc koniuszkiem nosa i wargami po mojej szyi.
— Nie udawaj Greka — mruknęłam.
— A ty nie zgrywaj takiej świętoszki. — Pocałował moją skórę obok ucha. — Nie mów, że nie podnieca cię fakt, że jesteśmy tu sami i możemy robić, co chcemy. Nie gadaj, że cię to nie kręci, bo w to nie uwierzę. Nie gadaj, że nie kręcę cię ja.
Odwróciłam się do niego przodem, całując go mocno i namiętnie. Upuściłam mydło, ręcznik i ubrania, tak by ująć jego twarz w dłonie i jeszcze mocniej go do siebie przyciągnąć. Cały czas to ja kontrolowałam sytuację, nie pozwalając mu na śmielsze ruchy. Kusiłam go, zachęcałam, jednocześnie hamując jego próby przekroczenia pewnej granicy. W końcu oderwałam się od niego, pytając:
— Ulżyło ci?
— Teraz to mi dopiero ciężko — odparł.
Podniosłam rzeczy z podłogi i wyszłam, rzucając mu na pożegnanie prowokująco:
— Baw się dobrze.
Wyczuwacie podtekst? No co wy!
Ja też.
Odgradzałam sobie drogę ręką, co nie było wcale łatwe pośród gęstwiny. Wciąż miałam w głowie, ile mniej więcej kroków i w jakim kierunku powinnam iść. W końcu dotarłam nad zatoczkę. Rozebrałam się do naga, po czym szybko zanurzyłam się w ciepłej wodzie z kostką mydła w dłoni. Umyłam się w miarę szybko, a następnie spłukałam włosy. Wodospad szumiał dość głośno. Oparłszy się o pokaźnych rozmiarów skałę, postawiłam stopy na dnie, zanurzona po same ramiona, i zaczęłam się w niego wsłuchiwać. Było mi dobrze, mogłam się odprężyć choć na chwilę. Nagle usłyszałam trzask pękającej gałązki. Na chwilę zamarłam ze strachu, po czym pospiesznie wyszłam z wody i ubrałam się. Ponownie moich uszu dobiegł jakiś szelest.
— Louis, idioto! — warknęłam.
— No co?! — Wyskoczył z chaszczy, podskakując dziwnie i drapiąc się wszędzie. — [t.i.], zrób coś, bo zaraz mi do gaci wlezą!
— Co?
— Nie wiem, jakieś mrówki!
Skuliłam się, rechocząc jak głupia, aż poleciały mi łzy. W końcu upadłam trawę, nie mogąc powstrzymać śmiechu. Louis natomiast biegał i podskakiwał jak oszalały, krzycząc:
— To nie jest śmieszne!
W końcu udało mi się opanować dziki rechot. Wstałam i otarłam łzy.
— Rozbierz się i… hihi… właź do wody — zarządziłam.
Posłuchał. Może dlatego, że lepszego pomysłu nie miał. Odwróciłam się na moment, a wtedy zanurzył się. Następnie chwyciłam jego rzeczy i wytrzepałam ze wszelkiego robactwa.
— Tak to jest… haha… jak się podgląda — zaśmiałam się. — Lepiej? — zapytałam.
— Tak, dzięki — odparł, wyraźnie speszony.
— To wyłaź.
— Tak przy tobie?
— Mnie podglądałeś, a teraz się wstydzisz. Już! — ponagliłam go.
Wynurzył się, po czym zarzucił na mokre ciało spodnie i koszulkę. Nie podglądałam. Odwróciłam głowę w bok.
— Już — oznajmił.
Spojrzałam na niego, śmiejąc się.
— Warto było? — spytałam.
Przyciągnął mnie do siebie.
— Oczywiście, że tak — odparł. — Wesołych świąt, [t.i.] — powiedział, na co zasępiłam się trochę.
— Wzajemnie — odparłam. Bolał mnie fakt, że moja dodzina znajduje się tysiące kilometrów ode mnie i prawdopodobnie się martwią w Wigilię bez powodu. Spuściłam wzrok.
— Hej. — Ujął moją twarz w dłonie, pochylając się, by spojrzeć mi w oczy. — Wiem, że się martwisz.
— Obiecaj, że nas znajdą — wyszeptałam błagalnie.
— Zrobię wszystko — odparł, obejmując mnie i przyciągając do siebie. Był mokry i zimny, a jednocześnie w tym uścisku poczułam więcej ciepła niż w jakimkolwiek innym.
— Jednak potrafisz być normalny — stwierdziłam, uśmiechając się leciutko. — Jak się postarasz.
— Nazwałem cię księżniczką, ale powinienem królową… sarkazmu. — Szturchnęłam go nadgarstkiem w brzuch. Pocałował mnie w czubek głowy. — Moja księżniczka — szepnął, a ja z jakichś powodów nie zaprzeczyłam.
Jak on mnie irytuje…
Długo tego Louisa nie było. 'o' Mam nadzieję, że rozumiecie: szkoła, egzaminy... Btw, za wszystkich, którzy piszą je w przyszłym tygodniu, trzymam mocno kciuki. Wiem, co czujecie. ♥
Następna część za tydzień. Pozdrawiam. xxx
PS. Kto czyta i komu się chce (bo ja też ostatnio mam lenia, więc rozumiem), niech skomentuje. Proszę. ♥

piątek, 10 kwietnia 2015

#32 Louis cz.3

Część taka trochę dłuższa, bo 70k wyświetleń. *.*
To xd w kwadratowym nawiasie w zapiskach [t.i.] nie pochodzi od [t.i.], tylko ode mnie. Nie mogłam się powstrzymać. ;3


* * *
Nad ranem wyszliśmy z samolotu. Rozejrzałam się dookoła. Louis miał rację. To była jakaś puszcza. Dookoła pełno roślin: drzew, krzewów, trawy… W oddali słychać było coś jakby… szum morza? oceanu? Nadstawiłam ucho, nasłuchując.
— Mówiłem, że…
— Cii…cho! — uciszyłam go. — Tam! — Wskazałam palcem odpowiedni kierunek. — Tam jest woda.
Zaczęliśmy iść w tamtą stronę, przedzierając się przez chaszcze, gdy nagle poczułam ostry ból w okolicach ramienia.
— A! — wydałam z siebie krótki krzyk, łapiąc się za nie.
— Co się stało? — zapytał Louis zaniepokojony.
— Nic, chodźmy.
Wyszliśmy z gęstwiny, a ja spojrzałam na moje rozcięte ramię i płynącą krew.
— Jesteś ranna.
— To nic.
— Poczekaj, pójdę po apteczkę.
Nagle moją uwagę przykuło drobne stworzenie… albo raczej: obrzydliwy, kilkunożny stwór, kroczący dumnie po złotym piasku.
— Nie! — pisnęłam, podskakując, po czym mocno zacisnęłam palce na jego koszulce. — Co jest? — zapytał, gładząc dłonią moje plecy. Nie mogłam się wyzbyć uczucia obrzydzenia i strachu. Trzęsłam się, łzy błyszczały w moich oczach. — To tylko zwykły krab. Boi się ciebie bardziej niż ty jego.
— Taa… Tak się mówi. — Odsunęłam się od szatyna, zła na siebie, że po raz kolejny musiał obserwować mój atak histerii.
— Masz chociaż to. — Wyciągnąwszy z kieszeni chusteczkę, podał mi ją, a ja zatamowałam swoją ranę.
— Dzięki.
Spojrzałam na ocean. Był spokojny i czysty, woda przejrzyście błękitna. Niebo bez żadnej chmurki, słońce. Parno, duszno i wilgotno. Przetarłam mokre czoło.
— Weszłabym do tej wody — powiedziałam.
Mężczyzna westchnął, ocierając chusteczką twarz.
— To na co czekasz? — spytał prowokująco.
— Na ciebie — odparłam, pokazując mu język.
— To idziemy.
Wziął mnie na ręce i zaczął nieść w kierunku wody. Po drodze zdjął mi i sobie buty razem ze skarpetkami, po czym rzucił je gdzieś na piasek.
— Louis! — piszczałam. — Jak to zrobisz, to cię nienawidzę!
— Ryzyk-fizyk. — Zaczął powoli wchodzić do wody, zanurzając się w niej.
— Nie umiem pływać — jęknęłam, kuląc głowę na jego klatce piersiowej.
— Ja cię nauczę.
Zanurzył się na tyle głęboko, bym mogła bezpiecznie postawić stopy na dnie. Woda była ciepła, lecz stanowiła przyjemne ochłodzenie od gorączki zawieszonej w atmosferze. Popatrzyłam na niego niepewnie, po czym zdjęłam przez głowę przemoczoną koszulkę, a po chwili namysłu z małymi problemami pozbyłam się też spodni. Zbliżyłam się do brzegu i wyrzuciłam wszystko na piach, po czym ponownie się zanurzyłam. W wodzie czułam się zdecydowanie bardziej pewnie.
— No, no — mruknął z ukontentowaniem.
— Ściągaj to. — Pociągnęłam jego koszulkę od dołu. Uniósł ręce do góry, zagryzając wargę z cwaniackim uśmieszkiem. Zaczęłam ją podciągać do góry, przez co musiałam coraz mocniej się zbliżać do Louisa, któremu uśmiech nie schodził z twarzy. Ściągnęłam mu koszulkę, a następnie zwinęłam ją w kulkę i rzuciłam w stronę brzegu najmocniej jak umiałam.
— Dobra w tym jesteś — szepnął mi na ucho.
— W czym?
— W ściąganiu koszulek.
Zaczerwieniłam się, doskonale rozumiejąc podtekst zawarty w tym, co powiedział.
— Możesz przestać mnie podrywać? — zapytałam. Zignorował mnie.
— Ufasz mi? — Zagryzł wnętrze policzka.
— A co?
— Połóż się.
— Gdzie?
— No na wodzie, a gdzie? — Przewrócił oczami.
— No nie wiem…
— Dalej. Będę cię trzymał, poza tym tu nie jest głęboko.
Po kilku chwilach wahania ułożyłam się na wodzie, a on chwycił mnie od spodu dłońmi.
— Okay? — zapytał.
Spojrzałam na jego twarz, na błękitne niebo tuż za nią…
— Okay… — odparłam.
— Zamknij oczy — poprosił. — Spokojnie, będę cię trzymał.
Przymknęłam powieki i przez chwilę dałam się ponieść falom, lecz nagle zorientowałam się, że szatyn wcale mnie nie trzyma, dlatego poruszyłam się nie spokojnie przez co wylądowałam w wodzie. Zaczęłam się wiercić, ale wciąż nie mogłam znaleźć dna. Gdy mi się to w końcu udało, syknęła w stronę Louisa:
— Nieźle mnie trzymałeś. Nie ma co.
Uśmiechnął się.
— Chciałaś się nauczyć pływać — wyjaśnił, jakby to go usprawiedliwiało.
Mruknęłam pod nosem coś niezrozumiałego, po czym popatrzyłam na niego. Włosy i twarz miał suche, aż za bardzo. Kropelki wody błyszczały na jego pokrytym tatuażami torsie. Zgarnęłam dłonią trochę wody i chlupnęłam mu prosto w twarz.
— Ej! — zaprotestował, pocierając oczy palcami. — Nie umiesz pływać, a cwaniaczysz, co? — Podszedł do mnie, kładąc ręce na moich biodrach.
— Kłamałam, umiem — odparłam.
— Tym gorzej dla ciebie. — Ujął moją twarz w dłonie. — Nie odpuszczczam tak łatwo… — poruszył ustami niemal bezgłośnie.
— Czyli wciąż zamierzasz mnie…? — Urwał mi wpół zdania, delikatnie łącząc nasze wargi na ułamek sekundy. Dość ostry, lecz nadal przyjemny dreszcz przepłynął wzdłuż mojego kręgosłupa.
— Za dużo gadasz — stwierdził, uderzając opuszkiem swojego palca wskazującego o mój nos. Poczułam się jak małolata sztrofowana przez starszego kolegę. Buntowniczka wewnątrz mnie nakazywała mi protestować, lecz z drugiej strony… nie warto. W końcu to Tomlinson.
*
Pierwszy dzień spędziliśmy na “zwiedzaniu” wyspy. Udało nam się znaleźć trochę owoców, rzekę, w której można by się swobodnie wykąpać, oraz coś w rodzaju zatoczki z wodospadem. W końcu wieczorem rozpaliliśmy ognisko, przy którym usiedliśmy. Ja z dziennikiem na kolanach, Louis – z moją książką. Zerknęłam mu przez ramię. Znajdował się jakoś w ¾ powieści. Główna bohaterka właśnie kluczyła po podziemiach starego więzienia.
— Jak masz słabe nerwy, to uważaj — szepnęłam mu na ucho.
— Mocne mam — odparł — tylko bez spojlerów, błagam.
— Jasne, jasne.
Chwyciłam swój czarny długopis, po czym zaczęłam notować:
Jakiś tam powiedzmy Neverland, 23.12.14
Tsa… oryginalna nazwa miejsca, co nie? Wiem, że nie.
Otóż, sytuacja ma się tak: wsiadłam do samolotu z obcym mężczyzną, który okazał się być Louisem Tomlinsonem – do tego moim fanem. Następnie samolot się rozbił (#yolo), a teraz znajdujemy się na jakiejś pieprzonej bezludnej wyspie sam na sam.
I nie, proszę państwa, to nie scenariusz jakiegoś taniego fanfiction autorki bez wyobraźni [xd], tylko chora rzeczywistość. Mało tego, sam Louis Tomlinson wykazuje żywe zainteresowanie moją osobą, które okazuje w dość niekonwencjonalny sposób:
a) denerwując mnie na wszelkie możliwe sposoby,
b) całując mnie bez mojej wiedzy i zgody (a właściwie: dając buziaki),
c) traktując mnie jak dziecko,
d) a, b, c naraz.
Cóż, ciekawe, bo sam zachowuje się jak jakiś niedorozwinięty małolat próbujący mnie na chama poderwać.
Przerwałam na chwilę pisanie i spojrzałam ukradkiem na zaczytanego Louisa, na jego poczochraną czuprynę, na jego wzrok sunący po literach. Miał w sobie coś z dziesięciolatka, który uciekł na łono natury, by bez reszty oddać się krainie fantazji.
Nie żebym się zakochała, ale czasami bywa uroczy. – dopisałam, kręcąc głową.
Jutro Wigilia. Pięknie po prostu. Miałam jechać do taty do szpitala z siostrą, miało być miło, a tu co? Wszystko się wali. Do tego dostarczam im kolejnych zmartwień, bo pewnie przejmują się, gdzie jestem i co się stało. Jakkolwiek szczeniacko to brzmi, chcę do domu.
[t.i.] aka Największy Pechowiec Drogi Mlecznej
Zamknęłam dziennik, obserwując wesołe iskierki ognia.
— Jesteś głodna? — zapytał nagle Louis.
Pokręciłam głową przecząco.
— A ty?
— Nie. Tylko trochę… zmęczony. Chyba głowa mnie boli.
Położyłam mu dłoń na czole, lecz nie poczułam gorączki.
— To może od czytania przy słabym świetle — zasugerowałam.
— Może — odparł. — Powiedz mi… — zagadnął nagle. — Skąd ci się to wszystko bierze? W sensie te dość soczyste opisy?
Wzruszyłam ramionami.
— Siedziałam w tym trochę, jak robiłam magistra. Siedzę, jak robię doktorat. Akta policyjne. Zdjęcia z miejsc zbrodni itd. To wszystko działa na wyobraźnię.
— Piszesz coś nowego? — zapytał.
— Nie i w sumie… nie wiem. Na razie o tym nie myślę. Chcę zebrać kasę na tę operację, a potem pomyślę, co ze sobą zrobić. Myślisz, że nas znajdą? — zapytałam znienacka.
— Na pewno — odparł, choć w jego głosie nie wyczułam tej pewności.
— Louis, jutro Wigilia… — jęknęłam.
— No a myślisz, że dlaczego mi się tak spieszyło do Londynu? — westchnął. — Mnie też nie jest łatwo. Też nie spędzę świąt z rodziną.
Poczułam zimny powiew wiatru, przez co zadrżałam, a na mojej skórze pojawiła się gęsia skórka.
— Zimno? — spytał.
— Nie… — odparłam lekceważąco, a wtedy objął mnie ramieniem, przyciągając do siebie. Położyłam głowę na jego barku, a na mojej twarzy zagościł uśmiech.
Czy tylko ja mam wrażenie, że to już ten czas w roku szkolnym, że nawet nauczenie się na prostą kartkówkę to za dużo? Powiem tylko tyle – zdycham. I nawet mi to ostatnio nauczycielka powiedziała. Prawie 2 razy dłużej jestem w szkole niż śpię. xd
To sobie ponarzekałam na mój "marny" los. :D A teraz bardzo Was proszę, abyście skomentowali tego posta, jeśli chcecie (bo nikogo nie zmuszę, to jasne). Znajdzie się chociaż 8 osób?
Patrzę na te 70,000 wyświetleń i mega się z nich cieszę, naprawdę. ♥
PS. Aplikacja bloggera na Androida to dno, nie polecam. xd

sobota, 4 kwietnia 2015

#32 Louis cz.2

Obudziłam się, czując uporczywy ból głowy. Podniosłam powieki i pierwsze, co zobaczyłam, to zaniepokojona twarz Louisa.
— Wszystko w porządku? — zapytał.
Próbowałam się podnieść na rozłożonym siedzeniu, ale kiepsko mi to szło. Dotknęłam palcami czoła, czując ucisk i zorientowałam się, że moja głowa jest owinięta bandażem.
— Co się stało? — spytałam, mrużąc oczy. Dopiero wtedy moich uszu dobiegł szum kropel deszczu spływających po szybach samolotu.
— Mieliśmy wypadek — odparł. — Samolot się rozbił. Albo raczej jego przód.
— A co z… resztą?
— Ich mózgi pływają po wykładzinie. Nie chciałabyś tego widzieć.
— Gdzie my w ogóle jesteśmy? — zapytałam.
— Nie wiem, ale nie wygląda to dobrze — odpowiedział. — Na zewnątrz jest puszcza, ani śladu ludzi. Do tego od dwóch godzin leje.
Przyjrzałam mu się. Był cały mokry, z jego włosów skapywała woda, jakby dopiero co wyszedł z tej ulewy.
— Przeziębisz się — wyszeptałam.
— To nic — odparł.
Nagle gwałtownie dotarło do mnie moje własne położenie: był 22. (23.?) grudnia, a ja wylądowałam na jakiejś bezludnej wyspie z obcym człowiekiem. Poczułam ścisk w gardle. Naprawdę nie chciałam się rozpłakać, ale należałam niestety do osób, które nie potrafiły hamować emocji.
— Co się stało? — zapytał.
— Wszystko się wali — odpowiedziałam drżącymi wargami. — Trzy tygodnie tkwiłam w tym pieprzonym Melbourne, a gdy miałam już wracać do domu, to najpierw samolot się spóźnił, a teraz wylądowałam w jakiejś głuszy z tobą. Jestem chodzącym nieszczęściem. Niepotrzebnie mnie ze sobą brałeś.
Uklęknął przy mnie i pogłaskał mnie dłonią po policzku.
— Hej, nie przesadzaj. To nie jest takie złe — zaśmiewa się. — Już od dawna marzyłem o urlopie.
— To wcale nie śmieszne, Louis. Mogą nas nie znaleźć. — Przetarłam wilgotne policzki, podciągając nosem.
— Znajdą na pewno. Przecież oboje jesteśmy gwiazdami, no nie? — śmiał się.
Rozpłakałam się jeszcze mocniej. Uniosłam głowę i wtuliłam nos w zagłębienie jego szyi. Był zimny i wilgotny, ale nie dbałam o to. Objął mnie ostrożnie, szepcząc:
— No już, księżniczko. W porządku.
— Czyżbym wyczuwała sposób pocieszania “na fankę”? — zaśmiałam się, odsuwając od niego.
— Nie — odparł, puszczając do mnie oczko. — Ten jest zarezerwowany na wyjątkowe okazje.
Uniosłam się, po czym dotknęłam dłonią skrzepu krwi na jego czole.
— Jesteś…
— Wszystko w porządku — przerwał mi. — To nic takiego.
— To przebierz się chociaż i wysusz — nakazałam. — Nie chcę, żebyś mi się tu pochorował.
— Okay, okay.
Powstawszy z kolan, wyciągnął walizkę ze schowka, a następnie wyjął z niej ręcznik i suche ubrana, po czym udał się do łazienki. Wyszedł z niej piętnaście minut później. Ręcznik zwisał mu z szyi, a włosy były wilgotne i potargane, co świadczyło o tym, że je intensywnie suszył. Miał na sobie czarne spodnie i zwyczajny, biały T-shirt, który podkreślał jego muskulaturę.
— Tak, wiem, ten widok działa na kobiety — zaśmiał się.
Zaczerwieniłam się.
— Zawsze jesteś taki skromny? — zapytałam.
— A ty na każdego faceta patrzysz, jakbyś miała go za chwilę zjeść? — odgryzł się, wpychając się na fotel obok mnie.
— Wlewaj sobie — mruknęłam.
— Masz kogoś? — spytał znienacka.
— Słucham? Co to za pytanie? — Zmarszczyłam brwi oburzona.
— Proste. Masz czy nie?
— A co cię to obchodzi?
— Rozumiesz… — Zbliżył twarz do mojej. — Nie wiadomo, jak długo tu zostaniemy… Możemy oboje okazać się sfrustrowani…
— Jesteś… Ała. — Uniosłam się na fotelu, po czym złapałam za głowę, ściskając powieki. — Jesteś bezczelny.
— A ty i tak będziesz moja — szepnął, aż poczułam na ustach jego oddech.
— Dupek.
Odsunęłam się od niego, kładąc się z powrotem na fotelu i okrywając kocem plecami do niego.
Nagle poczułam ciężar jego ręki. Objął mnie mocno, a ja zaczęłam się wiercić.
— Nie dotykaj mnie! — warknęłam.
— [t.i.], żartowałem — zaśmiał się do mojego ucha.
— Wtedy gdy pytałeś, czy mam chłopaka, czy wtedy gdy dałeś mi do zrozumienia, że zamierzasz mnie zaliczyć? — prychnęłam.
— Księżniczek się nie zalicza. Księżniczki się kocha — oznajmił.
— A dupków się ignoruje — burknęłam.
— Przepraszam, okay?
— Nie okay.
Nagle odsunął się ode mnie.
— Jak chcesz. Równie dobrze możemy się do siebie nie odzywać, aż nas nie znajdą, Samantho — mruknął, kładąc nacisk na ostatne słowo.
Odwróciłam się w jego stronę, a on położył się na plecach, wbijając wzrok w sufit i splatając palce na brzuchu.
— Dobrze wiesz, że się tak nie nazywam.
Wzruszył ramionami.
— Jesteś tchórzem, wiesz? — spytał retorycznie. — Tchórzem i konformistką. Okłamujesz swoich fanów i przyjaciół zapewne też. Wygodnie, prawda? Trzepiesz furę kasy na pisaniu, a jednocześnie unikasz tego obrzydlistwa zwanego sławą.
— Gówno wiesz — warknęłam. — Piszę, bo mój ojciec jest chory i zbieram na operację, ale co ciebie to obchodzi?
— Przepraszam, nie wiedziałem… — odparł.
— Zastanów się czasem, zanim coś powiesz.
— Nie fochajmy się już na siebie, okay? — Podniósł się. — Skoro jakiś czas będziemy musieli tu ze sobą wytrzymać… lepiej będzie, jak będziemy mieli dobre relacje. Zgoda? — Wyciągnął w moją stronę dłoń. Uścisnęłam ją.
— Zgoda — potwierdziłam, kiwając głową.

piątek, 20 marca 2015

#32 Louis cz.1

Melbourne, 22. grudnia 2014
„Wszystko, o czym marzysz, znika, kiedy budzisz się ze snu” – logiczne, prawda? Nieświadomie przez 24 długie lata kierowałam się tymi słowami niczym życiowym mottem. Nigdy nie miałam jakichś wygórowanych marzeń czy planów; żyłam teraźniejszością, starając się robić wszystko najlepiej jak umiałam i nie oczekując od przyszłości zbyt wiele. Może dlatego udało mi się osiągnąć to, co chciałam. Zostałam pisarką kryminałów. Może nie znaną na całym świecie, ale posiadającą grono swoich stałych czytelników. Można powiedzieć, że odniosłam sukces, o którym [na szczęście] nie wiedzą nawet moi znajomi, gdyż udało mi się ukryć pod pseudonimem. Chytrze? Może trochę.
Sukces ma jednak swoją cenę i właśnie ją płacę. Siedzę jak ta idiotka, dwa dni przed świętami na lotnisku w Melbourne, bo samolot się spóźnia. Dwa dni temu miałam rozmowę z właścicielem wydawnictwa, a teraz prawdopodobnie nie wrócę na święta do domu. Świetnie.
Zamknęłam dziennik, po czym wrzuciłam go do torby podręcznej wraz z długopisem. Następnie opadłam bezradnie na oparcie twardego krzesła, pocierając opuszkami palców kąciki oczu. Ziewnęłam, spoglądając na zegarek. 21:00. W Londynie mają 11:00. Umieram.
Rozejrzałam się wokół. Zadbana pani z dwójką dzieci, jakiś zabiegany biznesmen, głos z megafonu informujący o kolejnych opóźnieniach, starsza kobieta, szum kółek różnych walizek, gwar rozmów, śmiechy dzieci… wszyscy zajęci własnymi sprawami. Życie toczyło się normalnym rytmem.
— Na jaki lot czekasz? — wtem usłyszałam męski głos.
Podniosłam głowę. Bluza z kapturem, na nosie okulary w ciemnych oprawkach, poważna mina.
—  Do Londynu z przesiadką w Kairze — odparłam.
Coś na kształt uśmiechu przebiegło po jego twarzy.
— Można na stronę? — zapytał.
— Jasne — odparłam, nieco zdezorientowana.
Wstałam i odeszliśmy na bok.
— Chodzi o to, że cholernie mi się do tego Londynu spieszy — wyjaśnił.
— Dziewczyna? — wymsknęło mi się bezwiednie.
— Nie, rozstaliśmy się pół roku temu — odparł, zaśmiewając się. — Ale spieszy mi się. Wynająłem prywatny samolot i…
— Rockefeller? — wtrąciłam.
— Możesz nie przerywać?
— Mogę.
— Dziękuję. Wynająłem ten samolot i szukam choć jednej osoby, która poleciałaby ze mną. Samemu mi głupio. Za nic nie będziesz musiała płacić. Tylko ze mną poleć.
Zmarszczyłam brwi.
— Tak po prostu? — zapytałam. — Skąd mam wiedzieć, że nie jesteś terrorystą, dżihadystą, gwałcicielem czy mordercą? Nawet się nie znamy.
— Ehm… No… Przysięgnij, że nie zaczniesz mdleć, piszczeć ani płakać.
— A dlaczego bym miała?
— To zerówki — wyjaśnił, ściągając okulary. Spojrzałam na niego, po czym doznałam na nagłego olśnienia:
— Przecież ty jesteś…! — Zatkał mi usta dłonią, uniemożliwiając dokończenie.
— Tak, to ja — szepnął mi na ucho — Louis Tomlinson. A ty miałaś nie piszczeć. Już?
Pokiwałam głową, a wtedy odsłonił moją buzię.
— Więc jak? — zapytał.
— Um… zgoda.
— Cieszę się.
„Nie wierzę, że to się dzieje”.
~kilka godzin później~
Wyjrzałam przez okno, spoglądając na chmury. Tak naprawdę nie zachwycał mnie ten widok, może przez lekki lęk wysokości, ale zawsze lepsze to niż patrzenie na Louisa Czystą Perfekcję Tomlinsona siedzącego obok. Jego bliskość przyprawiała mnie o szczere zakłopotanie.
— Pogadamy? — zapytał nagle. Spojrzałam na niego zdziwiona. — No co? Nieprzyzwyczajony do takiej ciszy jestem.
— Pierwszy raz sam?
— Pierwszy raz w takiej sytuacji. A ty mi się nawet nie przedstawiłaś.
Uścisnęłam przelotnie jego dłoń.
— [t.i.] [t.n.].
— Czym się zajmujesz?
— Um… Piszę.
— Co?
— Książki. — Nagle spojrzałam na jego torbę podręczną, a raczej na wystający z niej egzemplarz. Wyciągnęłam go.
— Co? — zapytał skonsternowany.
— Wiesz, kim tak naprawdę jest Samantha Jones? — Wskazałam na autorkę.
— Nikt nie wie — odparł. — Jedna wielka zagadka. Tylko tyle o niej piszą, że jest młoda i za parę miesięcy robi doktorat z psychologii kryminalistyczno-śledczej. I pisze zajebiste kryminały. Po całym mieście zapieprzaliśmy z Zaynem po księgarniach. Mamy nawet specjalną półkę z jej książkami. Zaraz. A dlaczego pytasz? — Spojrzał na mnie, a ja uśmiechnęłam się. — Nie. Nie gadaj to ty? O Boże. Mogę ci zrobić zdjęcie? Proszę! Zayn mi nie uwierzy! Ja nie mogę… Samantha Jones!
— Nikomu nie mów — uciszyłam go. — Chcę pozostać anonimowa, proszę.
— Okay… — odparł zrezygnowany. — A podpiszesz mi się chociaż?
— Nigdy tego nie robiłam…
— Kiedyś musi być ten pierwszy raz.
Podał mi długopis, a ja złożyłam podpis na pierwszej stronie jego książki.
— Wow, ja po prostu nie wierzę — zachwycał się.
— Przestań — jęknęłam, rumieniąc się. — Nie jestem przyzwyczajona do… takich sytuacji.
— Ja też — odparł, zaśmiewając się. — Zazwyczaj mnie traktują jak idola. Teraz to ja spotkałem swoją idolkę.
Zaczerwieniłam się.
Louis
Wszystko stało się bardzo szybko: kilka godzin lotu, swobodne rozmowy o głupotach, potem głos kapitana o awarii, wstrząsy, a potem spadek. Niewiele potem pamiętałem, jedynie okropny ból, jakbym uderzył się czymś w głowę.
Gdy się ocknąłem, poczułem coś wilgotnego i lepkiego na skroni.  Przetarłem palcami. Krew. Z cichym jękiem wyprostowałem się na siedzeniu, łapiąc się za głowę. Ała. Wyciągnąłem z kieszeni chusteczkę i przyłożyłem ją do rany na swoim czole, tamując krew, po czym rozejrzałem się.
„[t.i.]. Co z [t.i.]?”
Spojrzałem na nią. Leżała w dziwnej pozycji na fotelu, a z jej rany na głowie, tak samo jak z mojej, płynęła krew. Szybko odpiąłem jej pasy i chwytając pod boki, przeniosłem na pokład samolotu. Sprawdziłem jej oddech i puls. Wszystko było w porządku, oprócz tego, że nie odzyskiwała przytomności. Zostawiłem ją tak na chwilę i udałem się do kokpitu. Dwóch kapitanów i stewardessa leżeli na podłodze z dosłownie zmasakrowanymi głowami. Ich wnętrzności dosłownie pływały po wykładzinie. Odwróciłem się, zasłaniając usta dłonią, bo zrobiło mi się niedobrze. Zamknąłem drzwi i pobiegłem do [t.i.]. Wziąłem ją na ręce i wyniosłem z samolotu. Rozejrzałem się.
„Co to, jakaś dżungla? Bez jaj”, pomyślałem.
Otaczały mnie wysokie drzewa, wokół było duszno i gorąco, a po zadarciu głowy w górę zauważyłem spore chmury, które zwiastowały porządną ulewę.
Ja pierdolę, to jakaś komedia. Las deszczowy?
Wszedłem z dziewczyną z powrotem do samolotu, żeby schować się przed ulewą. No pięknie.
Witam Was tego jakże pięknego dnia, gdy nie tylko pogoda, lecz także i kalendarz, wskazuje na to, że już wiosna; cała Polska miała okazję podziwiać częściowe zaćmienie słońca; a do mojego anglisty nadal nie dociera, że zapamiętanie zwrotu „strome wzgórza” przekracza moje możliwości intelektualne. Z serii: „Życie gimbusa”. :D
Pod ostatnim postem kiepsko było z tymi komentarzami i nie liczę na to, że się poprawi, bo wiem, że to jest beznadziejne. ;_; Zresztą róbcie jak chcecie. Komentujcie albo nie. Coraz mniej mi zależy. Pisanie to moje hobby, ale bez publikowania przeżyję.
Pozdrawiam wszystkich, którzy tu jeszcze są i którym zależy może nawet bardziej niż mnie. Dziękuję. xx

wtorek, 11 listopada 2014

#25 Louis cz.5 (ostatnia)

Na początek trochę spamu. ;3
1. Chciałabym Was serdecznie zaprosić na bloga mojej przyjaciółki. Świeżutkiego i jeszcze pachnącego, którego byłam współzałożycielką. :) Ten blog to czysty spontan (tak samo jak ten), dlatego mam nadzieję, że jednak zajrzycie. ;) Na pewno nie będziecie się nudzić, bo tamten blog jest o fotografowaniu i ogólnie o życiu (a nie to, co mój, że czasami przysnąć można, takie nudy. :D <only joking> ^^). W każdym razie, mam nadzieję, że wejdziecie, a myślę, że perspektywa kiedyś tam w przyszłości obejrzenia moich zjaranych zdjęć, które możliwe, że kiedyś się pojawią, jest kusząca. ;)


2. A tutaj bardzo krótko. Wejdźcie, a nie pożałujecie. Naprawdę piękny blog, dziewczyna, która go prowadzi, ma niewątpliwie wielki talent (taki, którym ja niestety nie grzeszę ;3). Naprawdę niewiele jest takich blogów, a szkoda.



A teraz już przechodząc do Lou... Właściwie w pierwszej wersji ta część wyglądała zupełnie inaczej (oj, bardzo bardzo inaczej, wierzcie mi ;)), ale Wasze komentarze mnie natchnęły i zupełnie ją zmieniłam. Dlatego serdecznie dziękuję ann horan, która głównie się tu przyczyniła do takiej a nie innej zmiany i tę część właśnie jej dedykuję. :*

- Przestań, to nic złego - wyszeptał.
- Harry... - próbowałam jeszcze zaprotestować, ale wtedy jego rozgrzane wargi naparły na moje.
Przez chwilę stałam tak bez ruchu. Zbyt wiele myśli kłębiło się w mojej głowie naraz. Czułam, że tego nie chcę, a jednocześnie nie miałam zamiaru sprawiać przykrości Harremu. Jego uścisk nieco się rozluźnił i wtedy postanowiłam zaryzykować. No bo niby co stało na przeszkodzie? Skoro poddałam się Louisowi, to dlaczego Harremu by nie? Sytuacja teoretycznie była taka sama. Też ledwo zamieniliśmy ze sobą kilka zdań w życiu, też się prawie nie znaliśmy.
Zsynchronizowałam ruchy swoich warg z jego i wtedy ten pocałunek wydał mi się cholernie przyjemny. Ciepły, czuły, tkliwy, wręcz wymarzony. Miał tylko jedną wadę: to nie Louis stał tak blisko mnie, to nie jego miękkie wargi drażniły moje, to nie jego palce były wplecione w moje włosy, to nie jego ciepło czułam tuż obok. To po prostu nie był On. Nie czułam tego samego, co z nim. To nie TO.
Po chwili (co prawda niechętnie) oderwał się ode mnie i wtedy dotarło do mnie, co tak naprawdę się stało. Czułam się, jakbym zdradziła Louisa. I to do tego z jego najlepszym przyjacielem. Jak to banalnie brzmi...
- Przepraszam, Harry - wyszeptałam. - Poniosło mnie. Przepraszam.
Wyszłam z jego mieszkania, nie oglądając się za siebie. Opuściłam budynek, siadając na stopniach prowadzących do drzwi, i skuliłam się. Miałam ochotę po prostu wybuchnąć szyderczym śmiechem. Poczułam się, jakby życie właśnie sobie ze mnie perfidnie zadrwiło.
Nagle poczułam, jak ktoś siada obok mnie i obejmuje. Spojrzałam na tę postać i zobaczyłam Harrego. Pogładził moje okryte kurtką ramię.
- Dlaczego to zrobiłeś?... - jęknęłam, uderzając czołem o złączone kolana.
Zupełnie nieświadomie powtórzyłam pytanie zadane jeszcze kilka godzin temu Louisowi.
- Pierwszy raz nie wiem, co powiedzieć - zaśmiał się.
- Prawdę - odparłam. - Tylko prawdę.
- Wszystko, co we mnie siedzi, zabrzmi głupio - szepnął. - Może faktycznie mnie poniosło, ale nie żałuję. Pokochałem złą osobę i dopiero ten pocałunek mi to uświadomił. [t.i.]... - zaczął, ale przerwałam mu:
- Harry, do tego nie powinno dojść...
- Dlaczego?
Spojrzałam na niego, a wtedy delikatnie przesunął opuszkiem kciuka po moim policzku.
- [t.i.] - odezwał się - nie widzę żadnego powodu, dla którego do tego nie powinno dojść.
- A Chelsea? - zapytałam, na co zasępił się trochę.
- Chcę zapomnieć - powiedział, a wtedy jego twarz rozpogodziła się - a ty możesz mi w tym pomóc, wiem to.
Otworzyłam usta, lecz wtedy przerwał nam głos za moimi plecami:
- Szybko się pocieszyłeś.
Odwróciłam się i zobaczyłam Chelsea, która aż kipiała ze złości. Nawet jej się nie dziwiłam.
- Chelsea - zwróciłam się do dziewczyny - to nie tak, jak myślisz...
- A niby jak?! Ja tu przychodzę, żeby się pogodzić i co widzę?! Mojego byłego, który ponoć mnie kocha, z moją "przyjaciółką"! A Louis w ogóle wie? - Uśmiechnęła się chytrze. Moje policzki przybrały odcień purpury. - Ładne rzeczy się tu dzieją!
Odeszła gniewnym krokiem, a ja siedziałam tak skamieniała, nie mogąc z siebie nic wydusić.
- O co chodzi z Louisem? - Harry potrząsnął mną. - [t.i.], o co?! - krzyknął rozpaczliwie.
Moje oczy wypełniły się łzami, którym jednak nie pozwoliłam spłynąć.
- Przepraszam, Harry - wyszeptałam i odeszłam. Czułam się bardziej beznadziejnie niż skazaniec prowadzony na śmierć. Dla mnie już nie było nadziei.

Nie miałam pojęcia, co ze sobą zrobić, dlatego udałam się do kawiarni, gdzie liczyłam na to, że spotkam Nialla. Na szczęście zajmował to samo miejsce, co gdy widziałam go po raz ostatni.
Usiadłam naprzeciwko niego, uderzając głową o stół.
- Co się stało? - zapytał, wyraźnie zmartwiony. - Coś z Harrym?
- Raczej ze mną. Całowaliśmy się, a potem zobaczyła nas Chelsea. I błagam, o nic nie pytaj. Jestem idiotką. Teraz nie mam ani Louisa, ani przyjaciółki, ani Harrego. Perfekcyjnie po prostu, spieprzyłam.
Na chwilę zapadła cisza. Przynajmniej między nami, bo dookoła panował gwar, jak to w kawiarni. Ani na moment nie odkleiłam czoła od powierzchni stolika. Nie miałam na to ani siły, ani ochoty.
- Jak to się stało? - zapytał po chwili.
- Nie wiem. Właściwie, to... - jąkałam się - on mnie pocałował... A ja głupia... Ja nie chciałam... on mnie...
- Co? Zmusił?
- Nie, po prostu... przytrzymał. Nie chciałam... Potem wybiegłam, on za mną i tak zastała nas Chelsea.
- A co z Louisem? - zapytał.
- Louis, Louis... - rozmarzyłam się na moment. - On mi tego nie wybaczy, a mi tak cholernie zależy! - krzyknęłam prawie, aż kilka osób jednocześnie na nas spojrzało. - Jestem idiotką, że mu wcześniej nie powiedziałam. Nie wybaczy mi tego wszystkiego.
- Skąd ta pewność? - usłyszałam tuż nad głową jego głos i podniosłam ją.
- Louis... - poruszyłam bezgłośnie wargami.
- W rzeczy samej - odparł.
Niall usunął się bezszelestnie, a szatyn zajął jego miejsce. Wtedy zrozumiałam, dlaczego z Harrym nie mogłam całować się jak z nim. To jego widok przyprawiał mnie o szybsze bicie serca, to jego wzrok bezwstydnie palił moje policzki. To jego dotyk sprawiał, że czułam się bezpieczna. To z nim chciałam być.
- Louis... - jęknęłam. Łzy same wypłynęły na moje policzki. - Miałeś rację. Miałeś cholerną rację. Nie powinnam była cię wtedy wypuścić. Dlaczego wyszedłeś? Ja naprawdę nie potrzebowałam tego czasu... tylko ciebie... A teraz wszystko się spieprzyło... Ty już mnie nie będziesz chciał po tym, co ci powiem... - szlochałam..
- Nie musisz mi już nic mówić. Chelsea zrobiła to za ciebie.
- Czyli już wiesz?
- Praktycznie nie wiem nic, oprócz tego, że siedzisz tu i płaczesz, jakbyś się właśnie przespała z Harrym, a my byśmy byli co najmniej małżeństwem i tłumaczyłabyś mi się ze zdrady.
Spojrzałam przez niego jak przez mgłę. Tak się właśnie czułam. Jakbym go zdradziła.
- Louis, ja...
Wtedy podeszła do nas jakaś grupa dziewczyn i poprosiła o autograf. Patrzyły na mnie jak na kretynkę, z zawiścią i zazdrością. Otarłam łzy dłońmi. Nigdy nie czułam się bardziej idiotycznie.
Odeszły, a wtedy po raz kolejny na niego spojrzałam.
- No nie płacz już! - skarcił mnie. - Jakoś mi się wierzyć nie chce w to, co naopowiadała mi Chelsea, i wiesz co? Jakoś mnie mało obchodzi, do czego doszło między tobą a Harrym. - Wytrzeszczyłam oczy. - Mogłaś się z nim nawet przespać. Musisz tylko teraz wybrać, którego z nas wolisz, bo że Harry na ciebie leci, to wiedziałem do momentu, kiedy po raz pierwszy na ciebie spojrzał.
Nie musiałam nawet zastanawiać się nad odpowiedzią. Chwyciłam obie jego dłonie, splatając nasze palce.
- Obiecaj mi coś - nakazałam półgłosem.
- Co?
- Że po tym wszystkim nic się nie zmieni. Że będziesz dla niego przyjacielem. Że będziesz go wspierał i pomożesz mu się dźwignąć po tym rozstaniu z Chelsea. Że nie pozwolisz się odepchnąć i nie pokłócisz się z nim, bo ci tego nie wybaczę.
Ścisnął moje dłonie.
- Czy to znaczy, że...? - spytał niepewnie.
Pochyliłam się w jego stronę przez stół i pocałowałam go. I wtedy już było idealnie. Ten pocałunek nie miał wad. Wszystko było idealne. Idealny był on, idealny był smak jego ust. Wszystko.
Po chwili odsunęłam się od niego, zajmując z powrotem swoje miejsce.
- A teraz mi powiesz, co było między tobą a Harrym? - zapytał z obawą.
Zaśmiałam się, tuląc wierzch jego splecionej z moją dłoni do swojego policzka. Jednocześnie gdzieś tam kłuła mnie szpilka, że to, co powiem, niewątpliwie sprawi mu ból.
- Całowaliśmy się - powiedziałam cicho. - A właściwie, on mnie pocałował. Przepraszam.
W kąciku mojego oka błysnęła łza. Starłam ją szybko, puszczając jego dłonie.
- Wybaczę ci wszystko, ale przestań już płakać! - zaśmiał się nieco nerwowo.
Uśmiechnęłam się, a w głowie miałam tylko jedno: szczęście.
Hej, jak tam u Was? Bo u mnie pracowicie, ale nie narzekam. ;)
Tak naprawdę ta część w oryginale nie była ostatnią, bo dopisałam jeszcze jedną, w której Louis i [t.i.] są mega szczęśliwi (rozumiecie, takie cukiereczki; normalnie rzygam tęczą ;3), ale cholera... wszystko mi się skasowało i to przez własną głupotę! Tym razem nie nawalił sprzęt. Ja zje*ałam i to po całości. :( Może jak mi się będzie chciało i jak znajdę czas, to to odtworzę, ale nie wiem, bo nienawidzę pisać dwa razy tego samego. :/ Jak nie, to w najbliższym czasie możecie się spodziewać obiecanego Nialla, ale sama nie mam pojęcia kiedy. Ten tydzień (mimo wszystko) mam bardzo napięty (dwa konkursy, no i jeszcze zwykłe obowiązki szkolne). Nie wiem, jak ja się z tym wszystkim ogarnę, dlatego liczę tylko na Waszą wyrozumiałość. :*
PS. Zaległości na Waszych blogach nadrobię... W bliżej nieokreślonym czasie, ale nadrobię. :)

piątek, 7 listopada 2014

#25 Louis cz.4

Nie mogłam go zrozumieć. Gdy mnie całował.. czułam, że jestem dla niego ważna, że mu naprawdę zależy. Z drugiej jednak strony gdy poprosiłam go o czas, po prostu wyszedł, zachowując się jak jakaś obrażona paniusia. To obchodzę do czy nie? Niech się zdecyduje!
Zacisnęłam szczękę i powieki, wydając z siebie stłumiony krzyk irytacji.
Gdy w końcu odreagowałam agresję, spróbowałam jakoś doprowadzić swoje myśli i emocje do porządku.
Cholera, spieprzyłam...
Odesłałam faceta, któremu na mnie zależało. Miał prawo tak się zachować.
Nie, cholera, co ja chrzanię?
Byłam tak rozstrojona emocjonalnie, że nie mogłam nawet dokończyć wycierania podłogi.
Nagle do domu wpadła Chelsea. Była wyraźnie zła. W dłoni trzymała telefon i wykrzykiwała jakieś pojedyncze zdania do słuchawki:
– Nie moja wina, że ten idiota...! Tak, dokładnie! To, co słyszałaś!... I co teraz? No jak to, co teraz? A co miałam zrobić? Skończyłam to. Mówiłam mu, żeby się nie zakochiwał!... Trudno, przejdzie mu. Nikt mu nie kazał.
Trzasnęła tylko drzwiami swojego pokoju i tyle ją widziałam.
Nie wiem, co jej zrobię, jeżeli zerwała z Harrym, bo się w niej zakochał!
Zostawiłam mopa i wiaderko na środku kuchni i wybiegłam z mieszkania, chwytając tylko czarną ramoneskę i torebkę. I co teraz? Nie znałam ani jednego numeru ani adresu zamieszkania chłopaków.
Poczułam chłód późnowrześniowego wiatru, więc założyłam na siebie ramoneskę. Torebkę przewiesiłam sobie przez ramię i po prostu poszłam przed siebie. Skoro nie mogłam w inny sposób wyładować swojej złości, to postanowiłam choć trochę ją "rozchodzić".
Życie jest popieprzone. Cholernie popieprzone. Każdy chce być szczęśliwy, ale dla każdego też to szczęście znaczy coś innego. Idiotka Chelsea zerwała z mega chłopakiem, bo się w niej zakochał. A ja co? Miałam mętlik. Podobał mi się Louis. Było w nim coś wyjątkowego, coś, co mnie do niego przyciągało. Lecz z drugiej strony... bałam się angażować w związek z kimś takim jak on. Znanym. Z milionami fanów.
No i... nauka. Miałam się tu uczyć, a nie zakochiwać. Dlaczego to musi być takie trudne?
Zaczynało mżyć, dlatego wstąpiłam do malutkiej kawiarni na rogu i zamówiłam sobie małą filiżankę herbaty i ciastko francuskie. Siedziałam w samym rogu, nie chcąc zwracać niczyjej uwagi. Przymknęłam oczy, podpierając głowę dłońmi, i w ten oto sposób próbowałam pozbyć się Louisa z mojej głowy:
No, już, wyłaź! Kto ci pozwolił tu wejść?! Nikt cię nie zapraszał!
Niewiele pomogło (czytaj: wcale). Rozmasowałam pulsujące skronie i upiłam łyk herbaty z filiżanki, po czym wzięłam się za ciastko francuskie z jabłkiem. Zjadłam całe, dopiłam napar i po prostu siedziałam. Na dworze już się przejaśniło, ale jakoś nie miałam ochoty wychodzić. Nagle do kawiarni wszedł nikt inny jak Niall we własnej osobie. Był zamyślony i jakiś ponury, co zupełnie do niego nie pasowało. Gdy mnie zobaczył, jego twarz nieco się rozpromieniła. Pomachałam mu, po czym gestem ręki pokazałam, żeby podszedł.
Pocałował mnie w policzek i zajął miejsce naprzeciwko.
– Słyszałaś o Chelsea i Harrym? – zapytał.
– A więc to prawda?
– Niestety tak.
– I co teraz... z nim?
– Nie wiem. Myślę, że jakoś to dźwignie. W końcu to Harry Styles. – Uśmiechnął się blado.
– Czy ja mogę... coś zrobić? Cholera, gdzie on mieszka? Muszę z nim pogadać. Z was wszystkich chyba najdłużej znam Chelsea – mówiłam rozgorączkowana. Chciałam do niego pójść. Chociażby po to, żeby razem z nim zrównać Chelsea z ziemią.
– Tutaj. – Wskazał palcem na okno. – W prawo, pierwszy budynek po lewej. Mieszkanie numer 14.
– Dzięki.
Wstałam z miejsca, wyciągając z kieszeni jakiś banknot i rzuciłam go na stół. Nie dbałam o to, że prawdopodobnie właśnie zapłaciłam 10 funtów za zwykłą herbatę i ciastko.
* * *
Zapukałam do drzwi. Otworzył po jakichś dwudziestu sekundach. Wyglądał na zmęczonego, ale nic poza tym. W głębi ducha odetchnęłam, bo może to znaczyło, że aż tak bardzo nie przeżył tego rozstania. A może po prostu dobrze to wszystko maskował?
Wpuścił mnie do środka i stanęłam tak w przedpokoju, opierając się plecami o drzwi, jakbym się bała wejść dalej.
– Harry... – zaczęłam – jak się trzymasz?
– Wiesz... – Uśmiechnął się słabo. – Tak się trzymam, żeby się nie puścić.
Uniosłam kąciki warg w najszczerszym uśmiechu, na jaki mogłam się zdobyć.
– Chelsea to idiotka – wyszeptałam.
– Dlaczego? – spytał, świdrując mnie wzrokiem, co było dla mnie nieco krępujące.
– Jest pusta... Nie wiem, na czym polegał wasz układ, ale ja... na pewno nigdy bym... Ech...
– Wiesz, dlaczego się w niej zakochałem? – zapytał, delikatnie przesuwając palcem po szafce na buty. Nie sądziłam, że oczekiwał jakiejkolwiek odpowiedzi, więc milczałam. – Bo gdy była ze mną... była zupełnie inna. Taka ciepła, kochana. Jakbym coś ją obchodził. Była dokładnie taka, jaka ty jesteś na co dzień.
Chyba nie dotarło do mnie to, co powiedział. Patrzyłam tylko na niego, jak się do mnie zbliżał, a myślami byłam naprawdę bardzo daleko.
Chwycił moje nadgarstki na tyle mocno, żebym nie mogła nimi ruszać, lecz żeby jednocześnie nie sprawiało mi to bólu.
– Może niewłaściwą z was wybrałem, co? – zapytał, ocierając się swoimi wargami o moje.
– Harry, co ty robisz? – Chciałam się wyrwać, ale wtedy zorientowałam się, że nie mogę wykonać ani jednego ruchu. – Puść! Nie chcę!
Od razu mówię, że część jest niesprawdzona, tak że przepraszam za błędy, jak coś. Mam nadzieję, że żyjecie po tym (jak dla mnie) męczącym tygodniu i że jeszcze macie siłę tu zaglądać. :D
Jak zawsze liczę na Wasze komentarze. :***